TCB Band na żywo w Palladium

   Ponieważ od wielu już lat prowadzę serwis poświęcony muzyce metalowej, znajomi zazwyczaj łączą moje zainteresowania wyłącznie z metalem. Ale przecież to wcale nie metal był pierwszy, a na pewno nie był jedynym gatunkiem muzycznym, którego słuchałem przed laty i słucham do dziś. Bo odkąd pamiętam, zawsze, gdzie tylko się dało słuchałem muzyki, bardzo różnej muzyki. Moja miłość do niej zrodziła się za sprawą rodziców i puszczanych czasami płyt oraz radia. Usłyszane jeszcze we wczesnej młodości piosenki towarzyszą mi do dziś. Uwielbiałem i uwielbiam Irenę Santor i Jerzego Połomskiego, każdego dnia mogę słuchać Eleni, Zdzisławy Sośnickiej, Alicji Majewskiej, czy Zbigniewa Wodeckiego, bardzo lubię wspaniałego bluesa w wykonaniu grupy Breakout, i wszystkie bez wyjątku zespoły big-bitowe. A skoro o nich mowa, z wielką radością sięgam po nagrania Niebiesko-Czarnych, Czesława Niemena, Karin Stanek, czy… Wojciecha Gąssowskiego.

   Celowo przywołałem to nazwisko, bo pan Wojciech, zawsze kojarzył mi się (i już tak zapewne zostanie), z  tym, o którym muszę wspomnieć w tej relacji. O królu rock and rolla, Elvisie Presleyu. W latach, gdy byłem dzieckiem i młodzieńcem nie było możliwości wyboru ulubionego spośród dziesiątek radiowych programów, ale te, które były, poza nadawaniem niewątpliwie „bardzo istotnych informacji o rozwoju naszej socjalistycznej ojczyzny”, puszczały też muzykę. Zazwyczaj bardzo dobrą muzykę. A wśród wykonawców, których część już wymieniłem, pojawiał się też on, mistrz, król, postać wyjątkowa. Za każdym razem, gdy usłyszałem jego głos doznawałem ogromnej radości, bo ta muzyka, bez względu na to, czy był śpiewał klasycznego, szybkiego, energetycznego rock and rolla, czy też jedną z pięknych, melancholijnych ballad, jego głos, jego interpretacja, wreszcie sama muzyka zawsze sprawiały mi wiele radości, zawsze wywoływały uśmiech. Pamiętam też dobrze, że kiedy pozwolono mi już obsługiwać gramofon, męczyłem do zdarcia tak zwaną pocztówkę dźwiękową, na której znajdował się jeden do dziś najważniejszych dla mnie utworów mistrza – „Return To Sender”.

   Kiedy zatem pojawiła się możliwość zobaczenia dwóch muzyków (miało być trzech, ale trzeci nie dojechał z powodu choroby), którzy mieli możliwość grania z królem, nie mogłem odmówić sobie tej przyjemności. A było to prawdziwa przyjemność. Zobaczenie w większości nie najmłodszych, ale rozemocjonowanych twarzy (wśród których dostrzegłem m.in. wspomnianego przeze mnie pana Wojciecha Gąssowskiego), jeszcze przed koncertem napawało człowieka radością. A kiedy na scenie pojawili się zapowiedziani przez Adama Dobrzyńskiego, muzycy, kiedy popłynęły pierwsze dźwięki, serce podeszło mi wręcz do gardła, a nogi i ręce aż rwały się, by wstać z fotela i ruszyć w tany.

   Najpierw zgromadzoną w warszawskim Palladium publiczność rozgrzało, wpierane instrumentalnym zespołem, trio wokalne The Imperials, dowodzone przez Terry’ego Blackwooda. Grupa towarzyszyła Elvisowi od… 1966 roku! Panowie specjalizują się w śpiewie gospel, uraczyli więc nas trzema znakomicie wykonanymi utworami: „This Train”, „No Shortage” i tym, który mnie akurat poruszył najbardziej – „He Touched Me”. A potem na scenie pojawili się ci, na których tego wieczoru czekano, czyli zespół TCB Band, z dwójką muzyków, która miała okazję towarzyszyć Elvisowi Presleyowi od 1969 roku aż do jego śmierci w roku 1978. Miało być ich trzech, niestety perkusista Ron Tutt nie mógł przyjechać, za to pojawili się: gitarzysta James Burton oraz obsługujący instrumenty klawiszowe Glen D. Hardin. Chociaż obaj panowie mają już na karku swoje lata (obaj z rocznika 1939), chociaż ich chód już nie nazbyt odważny, to jednak serca wciąż pełne rock’n’rolla, a umiejętności technicznych też im nikt nie odebrał.

   Na deskach Palladium pojawił się też śpiewający Dennis Jale i maszyna ruszyła. I działo się jak za dawnych lat, w których pewna część publiczności miała okazję żyć, a część – jak ja – tylko w bardzo ograniczonym zakresie… Zespół skupił się oczywiście na utworach, w których nagraniu brał udział, zatem zabrakło wielu hitów z wcześniejszego okresu kariery wielkiego Elvisa. Za to i w późniejszym okresie nie brakowało przecież znakomitych utworów. Pozwolę sobie wymienić tylko kilka z nich: „I Got A Woman”, „Promised Land”, „Let Ir Be Me”, „That’s Alright Mama”, „Always On My Mind”, Hound Dog”, I’m So Lonesome, I Could Cry”, „Johnny B. Goode”, „The Sound Of Your Cry”, „Don’t Cry Daddy”, czy zamykający koncert „Can’t Help Falling In Love”. A to przecież nie wszystkie!

   Nie zabrakło też kilka niespodzianek, między innymi podczas wykonywania piosenki „Put Your Hand In The Hand”, cała czwórka śpiewaków wyruszyła w stronę publiczności, by każdemu, do kogo dało się dotrzeć podać rękę, zaś pod koniec koncertu na scenę zaproszono jednego z inicjatorów całego przedsięwzięcia – Marcina „Elvisa” Życzyńskiego ze stowarzyszenia Elvis Lives, z którym Dennis Jale zaśpiewał aż trzy piosenki, w tym świetną wersję „Suspicious Mind”. Do dziś się zastanawiam, jak to możliwe, że zespół jeszcze nie zaprosił Marcina w światową trasę, bo to, co ten człowiek wyprawia to prawdziwe mistrzostwo świata. Nie dość, że ma świetny głos, że znakomicie potrafi z niego skorzystać, to jeszcze jest prawdziwym scenicznym zwierzęciem. Muszę jeszcze dodać, że we wzruszającym utworze „Don’t Cry Daddy” Marcinowi towarzyszyła… jego córka.

   Cóż więcej można napisać o tym koncercie? Chyba tylko tak: szaleństwo, wspomnienia, wzruszenie, żywioł, melancholia, rock and roll. Tego potrzebowaliśmy, to otrzymaliśmy!

  I na sam koniec drobna uwaga. Jak często się zdarza, że po zagranym koncercie, po kilku minutach przeznaczonych na złapanie oddechu, na otarcie potu, muzycy wychodzą na widownię, siadają za stołami i rozdają autografy z ochotą rozmawiając z rozemocjonowanymi widzami? A ci panowie to naprawdę nie są małolaty… Bardzo miłe, profesjonalne zachowanie.

Bardzo dziękuję Panowie!

Ray

Bardzo dziękuję Adamowi Dobrzyńskiemu i Marcinowi Życzyńskiemu za możliwość uczestniczenia w tym wyjątkowym wydarzeniu.