LARI LU w 5 Stancji

   Doszedłem do takiego wieku, że albo mogę zasklepić się w swoich przekonaniach, zamknąć w czterech ścianach swoich poglądów, lektur, muzyki, albo też spróbować jeszcze tego, na co wcześniej nie miałem ochoty i czasu. A może właśnie ten wiek, lata obserwacji, lata nabierania dystansu do wielu spraw powodują, że to właśnie teraz łatwiej mi obserwować, czytać, słuchać tego wszystko, co wcześniej gdzieś mi umykało, albo drażniło. Takie refleksje pojawiły mi się w głowie, gdy – wspólnie z synem – zmierzałem na koncert młodej polskiej artystki, skrywającej się pod pseudonimem Lari Lu.

   Nigdy wcześniej o niej nie słyszałem. Wynikało to m.in. z faktu, że taki rodzaj muzyki, ze sporą ilością elektroniki, specyficznych, transowych rytmów zdecydowanie nie należał do moich ulubionych. Mało tego, w ogóle do mnie nie docierał. Ale korzystając z okazji, że na zaproszenie organizatora mogłem pojawić się w ów piątek w Arkadach Kubickiego postanowiłem spróbować. Zobaczyć, jaką muzykę tworzą obecnie młodzi ludzi, na jaką muzykę młodzi ludzie są gotowi przyjść, posłuchać jej i jeszcze za nią zapłacić. Przy czym horyzonty postanowiłem rozszerzać nie tylko u siebie, ale też „dorastającego potomka” (mam nadzieję, że wybaczy mi te słowa…).

   Obaj mieliśmy zatem okazję zmierzyć się z twórczością Lari Lu. Ja, jako stary, lekko zblazowany już gość, on jako młody, tak naprawdę tworzący dopiero swoją hierarchię wartości, w tym tę dotyczącą muzyki. I jak można się domyślić, różne były nasze reakcje. Aczkolwiek w jednym punkcie zgodziliśmy się ze sobą. Warto było pójść, warto było zobaczyć, posłuchać, poobserwować.

   Lari Lu, czyli Anna Józefina Lubieniecka, to młoda artystka, która próbowała swoich sił na scenie teatralnej, pojawiła się też m.in. w telewizyjnym programie „Szansa na sukces”, ale na scenie muzycznej zaistniała głównie dzięki współpracy z Piotrem Rubikiem i grupą Various Manx. Od paru lat pracuje nad swoją karierą solową jako Lari Lu. I robi to z bardzo dobrym skutkiem.

   Chociaż muzycznie to nie do końca moje klimaty, to jednak uczestniczenie w tym swoistym spektaklu pozostaje w pamięci. Artystka znalazła swój sposób przekazu, zarówno w sferze muzycznej, ale też wizualnej. Zdaje sobie sprawę, że wygląd i zachowanie też ma znaczenie. Dlatego też mogę stwierdzić, że to co robi, sprawdza się. Przyciąga uwagę. Zarówno jej charakterystyczny ubiór (nie wartościuję, informuję), fryzura, sposób zachowania na scenie i kontakt z publicznością. Wszystko na granicy kiczu i oryginalności, młodzieńczej naiwności i dorosłego wyrachowania. Odbiór może być zatem różny, ale sam obraz zostaje. A oto w tym zawodzie chodzi.

   O muzyce nie powinienem się za wiele wypowiadać, bo się na niej nie za bardzo znam, nie do końca rozumiem, nie do końca na mnie działa. Aczkolwiek – i w tej kwestii doszło do lekkich polemik z synem. Znalazłem bowiem w tej muzyce sporo dobrego, sporo ciekawych elementów. Przed wszystkim, większość kawałków nie opiera się na tak zwanym beacie (czy jak się to tam nazywa), ale na melodiach. To one są najważniejsze, a nie sposób ich podania i masa przeszkadzających w ich odbiorze dźwięków. Dzięki temu ta muzyka może trafić do mniej wyrobionych w tym gatunku słuchaczy, do jakich sam się zaliczam. Muszę przyznać, że gdyby Lari z zespołem nie „zniszczyli” pewnych utworów jakimiś dziwnymi elektronicznymi przeszkadzaczami, powstałyby z nich znakomite, intrygujące piosenki. Trochę szkoda, bo właśnie w takich momentach było słychać, że wokalistka potrafi śpiewać, potrafi oddać głosem, manierą treść śpiewanej piosenki. Zabicie jej tą zbędną – z mojego punktu widzenia – elektroniką (zwłaszcza, że przez pierwsze utwory, akustycy zapomnieli, że poza basami winny docierać do naszych uszu również inne dźwięki), owszem przyciągnie być może młodych, którzy przyzwyczajeni są do walących ich w uszy z każdej strony owych beatów, ale nie działa dobrze na samą muzykę.

   Mój syn stwierdził wręcz w pewnej chwili, że przecież uczę go od kiedy tylko się urodził, że powinien słuchać tylko dobrej muzyki. A tu jej właśnie zabrakło. Dlatego też zasugerowałem, żeby spróbował skupiać się właśnie na melodiach, żeby próbował przebić się przez ścianę owych zabijających uszy, elektronicznie generowanych dźwięków, które prawdopodobnie mają urozmaicić utwory, przypisać je do pewnej kategorii, przyciągnąć określono grono słuchaczy. By wydobywał kwintesencję tego, co – tak mi się przynajmniej wydaje – artystka chciałaby przekazać. Sugerowałem, by skupił się również na obserwacji pracy wokalistki na cenie, zobaczył umiejętność, z jaką się porusza, przeżywa wykonywaną muzykę, jak kontaktuje się z ludźmi. I wyłapał to wszystko, i stwierdził, że rzeczywiście jest w tej muzyce coś intrygującego. Poczułem się jak belfer, który dobrze wykonał swoja pracę…

   Cieszę się, że byłem na tym koncercie. Dał mi możliwość poznania nowej artystki, dał mi możliwość zmierzenia się z nowymi doznaniami dźwiękowymi, dał mi możliwość podzielenia się wrażeniami z młodym człowiekiem, wreszcie zachęcił mnie do tego, by przyjrzeć się twórczości Lari Lu. By na spokojnie, bez walenia beatami w głowę, uszy i klatkę piersiową, posłuchać jej utworów, by usłyszeć, co ma do powiedzenia w tekstach, posłuchać partii poszczególnych instrumentów.

   Ja poszerzam swoje horyzonty, zachęcam wszystkich, aby też tego spróbowali. A Lari Lu życzę wielu dalszych sukcesów. I poproszę o jeszcze więcej „Ran” i „Meduz”.

Ray

LARI LU – 21.10.2016, 5 Stancja, Arkady Kubickiego, Warszawa