O dawaniu, św. Mikołaju i ważnych urodzinach

   Napisałem ten tekst o szóstym grudnia, bo to ważny dla mnie dzień. Zdecydowanie ważniejszy niż przed laty, bo starszy jestem, bo priorytety się zmieniły, bo inaczej patrzę na przeszłość i o przyszłości pomyśleć takoż inaczej się odważam. Ten dzień był zawsze wyjątkowy, bo był dniem prezentów. To wystarczający wszak powód, by był dniem ważnym. Zwłaszcza kiedyś, kiedy tych prezentów nie dostawało się tyle, jak teraz, kiedy na każdą najdrobniejszą zabawkę czekało się bardzo długo, czasem cały rok. Zabawki bywały różne, ale każda z nich cieszyła wyjątkowo. Mogło to być auto, klocki, klaser, żołnierzyk, czy kolorowanka. Na każdą z tych rzeczy czekało się z utęsknieniem, a potem ją wręcz pieściło, dbało o nią, pilnowało, by nie uległa zniszczeniu. Oczywiście zdarzały się przypadki popsucia, zdarzało się, że coś się zgubiło, ale to zawsze były przypadki. Każda najdrobniejsza rzecz cieszyła tak, jak dzisiaj nie cieszą rzeczy najdroższe i najnowsze.

   Oczywiście generalizuję, ale do takich wniosków doszedłem obserwując ludzi i własne dzieci. To już jest inny świat, świat w którym jedynym wyznacznikiem dostępności określonej rzeczy jest zasobność portfela. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, nie mnie o tym wyrokować, śmiem jednak twierdzić, że teraz dzieci, młodzież, ale i my dorośli już nie potrafimy tak się cieszyć. Nie potrafimy docenić wysiłku innych włożonego w nabycie, zrobienie, dostarczenie nam danej rzeczy. Otrzymywanie staje się czymś tak naturalnym, normalnym, czasami wręcz wymaganym i tak oczywistym, że nie ma znaczenia kto, co i za ile przyniósł. Każda rzecz cieszy tylko przez chwilę, a jakże często okazuje się być rzeczą zupełnie nietrafioną, niepotrzebną. Całe zaangażowanie, wysiłek, wymyślanie i poszukiwanie okazuje się zbędne.

   Bo do nieumiejętności cieszenia się z otrzymanych dóbr, dochodzi jeszcze jedna istotna kwestia. Nie liczymy się z tymi, którzy nam coś dają. Nie liczymy się zupełnie z ich nie tylko wspomnianym już zaangażowaniem, ale przede wszystkim z ich uczuciami. Jakże często ktoś obdarowuje nas czymś, co według niego, co dla niego jest ważne, może nawet nie jest już czymś, co odejmuje sobie od ust, ale pozostaje czymś, co uznaje za istotne dla jego życia, w jego życiu, i czym chciałby się podzielić z innymi. Przekazać mu część siebie, swoich wspomnień, pokazać, że można się cieszyć czymś zwyczajnym. Może to będzie jabłko, może zabierany na drogę cukierek, może kwiat, książka, albo zdjęcie. Może to będzie własnoręcznie upieczone ciasto lub samodzielnie przygotowana laurka. Ten prezent jest równie ważny dla dającego bez względu na jego wiek, czy stan materialny. Liczy się to, że chce dać, chce się podzielić, chce zobaczyć uśmiech, błysk w oku osoby obdarowywanej. Nie potrzebuje wiwatów na swoją cześć, wielkich podziękowań, chce widzieć choćby chwilę radości, ale prawdziwej radości, chce widzieć, że rzecz nie ląduje natychmiast w kącie, ale jest traktowana z szacunkiem. Nawet jabłko można zjeść z szacunkiem, na przykład dzieląc się nim z darczyńcą.

   Sam też miałem wiele okazji, by otrzymywać i dawać prezenty. Uwielbiam obydwie sytuacje, uwielbiam, kiedy jestem zaskakiwany jakimś prezentem i gdy dostaję coś, co wiedziałem, że dostanę. Ja i tak czekam i za każdym razem ogromnie się cieszę. Cieszę się z rzeczy drobnych i tych większych, drogich i tańszych od przysłowiowego barszczu. Bo nie wielkość, ani cena się liczy, ale właśnie chęć darującego, by podzielić się podarkiem, jego zaangażowanie, jego pamięć i jego uczucia, które towarzyszą mu podczas przygotowywania, czy szukania prezentu, jak i w momencie wręczania podarunku.

   Szósty grudnia to dzień szczególny. Dla mnie jest dniem ważnym z jeszcze jednego powodu. W tym dniu urodził się (tak przynajmniej wynika z metryki) mój tata. Dzięki jego narodzinom, dzięki związkowi z mamą i ja miałem okazję trafić na ten świat. Może nie najlepiej urządzony, ale jednak jedyny, wyjątkowy i niepowtarzalny świat. A na mój obecny sposób patrzenia na ów świat, korzystania z jego uroków, wpłynęli w znacznej mierze rodzice. To oni przecież (o babciach i dziadku wspomnę przy innej okazji) stworzyli mi ten pierwszy świat, świat dziecka, ich dobroć i surowość, radość i złość, przekazywane zasady (oczywiście buntowałem się przeciwko nim tak mocno, jak mogłem), wpłynęły na mnie, na moją postawę, na moją wrażliwość. Stali się pierwszymi, od których czerpałem to, co dobre i wartościowe, starałem się zaś eliminować, co uznałem za „nie dla mnie”. Te za i przeciw stworzyły tego obecnego „kogoś”, kim się stałem. Z tatą już nie jestem w stanie porozmawiać z powodu jego choroby, nie jestem z racji zamieszkania w stanie pomagać przy jego pielęgnacji tak, jak bym chciał, ale bez względu na to, czy było między nami lepiej, czy gorzej, czy robiliśmy coś wspólnie, czy też się kłóciliśmy (a jakże!), tata był i jest dla mnie ważną osobą, bo był, bo jest i będzie jeden i nie do zastąpienia. W razie, gdybym przypadkiem, w natłoku codziennych zdarzeń, o tym zapomniał, Św. Mikołaj każdego roku mi o tym przypomina.

Ray

Zdjęcie i jego obróbka: Leon (BakalarzArt/ Agencja Metal Mundus)

PS. Ciekaw jestem, jak mój syn, który zrobił i obrobił to poniżej zamieszczone zdjęcie naszych rąk, kiedyś na nie spojrzy? Ciekaw jestem, czy uzna, że dałem mu tyle, ile potrzebował…