Wyjazd melancholijny – Radomsko, Pławno, Gidle, Kobiele Wielkie, Niedośpielin, Wielgomłyn

   Kiedy człowiek ma już za sobą trochę lat życia, zaczyna coraz częściej popadać w stany melancholii. Być może nie wszyscy tak mają, ale mnie coraz częściej takie stany dopadają. Stany pewnego zawieszenia, stany, gdy nagle przed oczami stają jakieś wydarzenia z przeszłości, pojawiają się mniej lub bardziej rozpoznawalne twarze. Zdecydowanie częściej niż kiedyś wracam pamięcią do przeszłości, czasami pewnie niekoniecznie racjonalnie nadając wielu przeszłym zdarzeniom dużo większego znaczenia niż miały w rzeczywistości, wygrzebując z pamięci ludzi, miejsca, sytuacje, które w jakiś sposób wpłynęły na mnie, na moje myślenie, czy życie. Takie stany „atakują” właściwie każdego dnia, ale okres jesienno–zimowy szczególnie im służy, podsyca je, staje się dla nich znakomitą pożywką. Dlatego też pewnego grudniowego dnia namówiłem mojego szanownego szwagra, czyli wuja Grzegorza na krótką, zimową (chociaż uwzględniając temperaturę i brak śniegu), bardziej jesienną wyprawę po okolicach Przedborza, po miejscach, w których kiedyś zdarzyło mi się być krócej lub dłużej, licząc też na to, że po drodze odkryjemy jakieś ciekawe, nowe miejsca. To była sobota, dzień, który okazał się dla nas nie być dniem najlepszym do zwiedzania, bowiem większość obiektów, które chcieliśmy zobaczyć, była zamknięta. Byliśmy trochę źli z tego powodu, z drugiej zaś strony stwierdziliśmy, że daje nam to szansę na ponowny przejazd, na ponowne dotarcie w te miejsca, na ponowny „powrót do przeszłości”.

   Pochodzę z Przedborza, małego, ale ciekawie położonego miasta w obecnym województwie łódzkim. Miasta z bogatą historią, doświadczonego niestety przez historię i trochę nie mającego szczęścia do rządzących, przez co wszystkie jego atuty do dziś nie zostały wykorzystane, a ono samo sprawia wrażenie trochę zmęczonego kota, siedzącego gdzieś w kącie, czekającego biernie na to, co się wydarzy. O tym mieście napiszę osobny tekst, a teraz chciałbym wrócić do owej wycieczki po okolicach.

   Zaczęliśmy od wizyty w mieście dla mnie równie ważnym, jak miasto, w którym mieszkałem. Od Radomska. To właśnie miasto stało się moim miastem rodzinnym. To właśnie w tamtejszym szpitalu dane mi było przyjść na ten świat. Związany zatem z nim jestem wręcz więzami krwi. Było to też pierwsze, większe miasto, które miałem okazję odwiedzać w młodości. Z dzisiejszej perspektywy to oczywiście miasto niewielkie, ale wtedy, te kilkadziesiąt lat temu było wręcz metropolią. Metropolią, do której przyjeżdżało się do szpitala (to oczywiście raczej mało przyjemne wspomnienia), przyjeżdżało się na zakupy, ale też przesiadało na nieistniejącym już dworcu autobusowym. Do dziś głęboko zapadły mi w pamięć ścisk i krzyki ludzi wciskających się do autobusu. A takich sytuacji zdarzyło mi się mieć sporo. To tutaj na dworcu kolejowym zdarzało mi się czekać na pociąg do Krakowa. Dojeżdżałem tam z różnych stron (np. też przez Kielce, czy Włoszczowę), ale Radomsko było pierwsze. I dość dobrze zapamiętałem, jak spędziłem na radomszczańskim dworcu noc, jadąc na poprawkowy egzamin z filozofii. Tak się jakoś zdarzało, że z przedmiotów, które najbardziej lubiłem, zwykle miałem poprawki…

   Do Radomska przyjeżdżałem też do rodziny, do wujków i cioć, do kuzynów, z którymi, mam nadzieję, uda mi się znów nawiązać bliższe kontakty, które z niechcianych wszak przyczyn rozszczelniły się zanadto przez lata.

   Miasto włączyło w siebie miejscowości, które kiedyś stanowiły oddzielny byt. Tak było np. z Sannikami, które zawsze stanowiły dla mnie punkt graniczny, swego rodzaju rogatki do miasta. Co ciekawe, po drodze mija się też wieś Granice. Przekroczenie ich stawało się symbolicznym przekroczeniem miejsca stałego pobytu, dopiero za nimi czułem, że opuściłem dom, że zdany jestem na siebie i ludzi poznanych w drodze. To od nich wjeżdżało się w inny świat. A wracając do Sannik, przez lata nurtowało mnie, co też znajduje się za sporym murem, widocznym zawsze po lewej stronie drogi. Okazało się, że to kirkut, cmentarz żydowski, bo w tych okolicach, w Przedborzu też, znaczną część populacji stanowili Żydzi.

   Radomsko od wjazdu wita białą bryłą kościoła. To kolegiata św. Lamberta. Kościół neobarokowy, powstały na miejscu wcześniejszych kościołów, które niestety płonęły w trakcie wieków. Ten, który można teraz podziwiać został zaprojektowany przez Konstantego Wojciechowskiego, który w swoim, mówiąc dzisiejszym językiem „portfolio” miał liczne budynki sakralne, jak Bazylikę w Częstochowie, kościół Wniebowzięcia NMP w Łodzi, czy kościół św. Wawrzyńca w Kutnie. Kolegiata została konsekrowana w 1876 roku. Bryła jest zwarta, barokowa, ale raczej oszczędna w ilości zastosowanych detali. Udowadniająca, że i neobarokowe budowle mogą być delikatne, prostsze, bez nadmiernego szaleństwa, stosowanego często przez twórców neogotyckich kościołów. Na ścianach świątyni znajdą się liczne tablice, w większości z treściami znanymi z polskich kościołów… Dla mnie najbardziej wzruszająca była tablica poświęcona prof. Grzegorzowi Białkowskiemu, rektorowi Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego miałem jeszcze okazję widzieć i słyszeć. I który podczas tych nielicznych spotkań, w których miałem okazję uczestniczyć jako początkujący student, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Chociaż nigdy z nim nie rozmawiałem (co oczywiste), nie znałem go prywatnie, to stał się dla mnie jednym z autorytetów. Udowadniał, że można być fizykiem (jak ja nie lubiłem tego przedmiotu!), a jednocześnie być poetą, pracować na uczelni i działać na polu społeczno-politycznym. A do tego być znanym miłośnikiem muzyki i zbieraczem płyt…

   Niestety nie udało nam się wejść do środka kolegiaty, a próba zrobienia fotki przez zamknięte drzwi niestety nie zakończyła się sukcesem. Zatem ruszyliśmy w kierunku znajdującego się naprzeciwko jej budynku byłego ratusza, a obecnie muzeum. Budek również powstał w połowie XIX wieku, zachwyca solidną bryłą i ciemno-żółtym kolorem. Zawsze na mnie robił wrażenie, swoją przysadzistością, a jednocześnie lekkością. Niestety i tutaj czekała nas niemiła niespodzianka, bowiem muzeum było zamknięte. Okazało się, że dniem wolnym dla pracowników tego przybytku jest właśnie sobota… Cóż, pracowników rozumiemy, a podróżujących ostrzegamy, by jednak nie planować przyjazdu do Radomska w soboty!

   Kolejnym i ostatnim planowanym przez nas na ten dzień obiektem był kościół franciszkanów. Ten budynek również na stałe zapisał się w mojej pamięci. Mijałem go zawsze w drodze na dworzec (tym razem nie dojechaliśmy do dworca, ale mam nadzieję, że będzie ku temu okazja), ale prawdopodobnie nigdy w nim nie byłem. A jeśli byłem to nie pamiętam. Dlatego bardzo chciałem zajrzeć do środka. A to kolejny kościół ściśle związany z historią miasta. Ufundowany prawdopodobnie za czasów lokacji miasta przez Leszka Czarnego. Oczywiście tamten kościół nie dotrwał do naszych czasów, ale istotne jest, że w tym samym miejscu pojawiały się kolejne „odsłony” kościoła, najpierw fundacji Władysława Łokietka, potem Bony Sforzy. Ostateczny kształt przybrał w XVII wieku, a po kolejnym pożarze został odbudowany i rozbudowany (wieże powstały w XVIII w.). Obecnie kościół jest klasycznym kościołem barokowym, aczkolwiek nawa i prezbiterium zachowały kształt z fundacji Bony. Wyposażenie jest barokowe, a w oczy rzuca się nawet nie tyle złoto, ile specyficzny zgaszony zielony kolor ścian. Kościół jest stosunkowo niewielki, przez co sprawia wrażenie przytulnego, w którym chciałoby się usiąść i zagłębić w rozmowę ze Stwórcą.

   Kościół połączony jest z klasztorem franciszkanów, którzy w tym miejscu przebywają od 1286 roku (nie byli obecni zaledwie przez ok. 80 lat, na przełomie XV i XVI w. przenieśli się do Brzeźnicy i później przez pewien czas w okresie zaboru rosyjskiego). Na ścianie wmurowana jest tablica z tekstem łacińskim, opisująca krótko historię pobytu franciszkanów w tym miejscu. Cieszy, że nad marmurową tablicą zamieszczono tekst łaciński wraz z tłumaczeniem. Jestem pewien, że wielu miłośników zwiedzania takich miejsc życzyłoby sobie, aby w każdym miejscu wisiały takie tablice. Nie zabrakło również tablic na ścianach zewnętrznych klasztoru. Mnie zaintrygowała zwłaszcza ta informująca, że „w Radomsku w roku 1382 i roku 1384 odbyły się zjazdy szlachty polskiej, których następstwem było powołanie na tron polski Jadwigi Andegaweńskiej, królewny węgierskiej, co zakończyło niebezpieczny okres bezkrólewia.” Ciekawostka historyczna. Takie lubię. I jeszcze jedno. Przed kościołem znajduje się kolejna interesująca pamiątka – Krzyż – Pomnik Powstania Styczniowego, postawiony już w 1863 roku, odnowiony blisko sto lat później, w 1960 roku.

   Naprzeciwko kościoła trudno nie zauważyć kolejnego barwnego (róż) budynku, który intryguje nie tylko kolorem, ale też kształtem. To willa z XIX wieku, użytkowana przez właścicieli „Metalurgii”, którą w 1993 roku zaadaptowano na Miejską Bibliotekę Publiczną. Cieszy, że pięknie odrestaurowany, intrygujący budynek, przykład willi – pałacyku dziewiętnastowiecznych fabrykantów, zyskał nowe życie w tak szczytnym celu. Zabrzmiało poważnie, ale uważam, że książek i bibliotek nigdy dość. I cieszy mnie też, że takie budynki nie zniknęły z przestrzeni miasta.

   Po drodze do samochodu, mieliśmy okazję zobaczyć trzy z licznych radomszczańskich pomników. Między kościołem franciszkanów a muzeum znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza. Ten w Radomsku powstał stosunkowo niedawno, bo w 1999 roku. W grobie spoczęły szczątki polskiego żołnierza, który zginął w 1939 roku oraz ziemia zebrana z 31 miejsc bitewnych i „miejsc męczeńskiej śmierci Polaków.

   Potem mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć pomnik królowej Jadwigi Andegaweńskiej, Króla Polski i patronki miasta. Pomnik został odsłonięty w 2008 roku. I na zakończenie pobytu w centrum miasta, zrobiliśmy sobie zdjęcia przy pomniku Konstytucji 3. Maja z Kolegiatą św. Lamberta w tle. Pomnik postawiono w dwusetną rocznicę uchwalenia tej wyjątkowej konstytucji w dziejach Polski i całego świata.

   Kolejnym celem naszej podróży były Gidle. Ale zanim do nich dotarliśmy, trafiliśmy na drewniany kościół św. Marii Magdaleny, pochodzący z XVI lub XVIII wieku (spotkałem różne informacje). To kolejny kościół, w którego fundację zaangażowała się królowa Bona (ocalało tylko kamienne prezbiterium). Świątynia znajdowała się już za miastem w drodze na Pławno, do którego musieliśmy się oczywiście udać. Na szczęście było po drodze. Obecny wygląd świątyni pochodzi z XVIII wieku, do połowy XIX wieku użytkowany był jako magazyn, przywrócony do funkcji kościelnych w 1857 roku. Na tabliczce można przeczytać ciekawą informację, że kościół nazywano „cerkwią na piasku”.

   Jak wspomniałem, planowaliśmy udać się do Gidel, ale po drodze trafiliśmy właśnie na Pławno. Chociaż nominalnie to wieś, to jednak wyraźnie widać, że z miejską historią. Da się to chociażby zauważyć, gdy za kościołem zboczymy z głównej drogi. Trafimy ewidentnie na pozostałość miejskiej zabudowy, wrzecionowaty układ z centralnie umieszczonym kościołem „oblanym” drogą i umieszczonymi wzdłuż niej budynkami. Jak doczytałem już po powrocie, miasto otrzymało lokację w 1554 roku, a wsią stało się dopiero w 1870 roku (decyzją władz carskich za pomoc powstańcom styczniowym). Zachęcam do przeczytania ciekawej historii miasta, w tym miejscu muszę jednak napisać o ciekawostce, a mianowicie w kościele w Pławnie znajdował się tryptyk stworzony przez Hansa z Kulmbachu, ucznia samego Wita Stwosza. Tryptyk ten jest obecnie w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie.

   W Pławnie zobaczyć można kościół z XIX wieku (dało się wejść tylko do sieni), oraz zespół dworski z XVII wieku (z późniejszymi zmianami), w którym znajduje się szpital.

   A potem już były Gidle. Niewielka wieś, do której ściągają jednak liczne pielgrzymki wiernych, albowiem znajduje się w nim potężna bazylika mniejsza pw. Wniebowzięcia NMP z przylegającym do niej klasztorem dominikanów. A w bazylice znajduje się z kolei słynąca z cudów malutka figurka Matki Boskiej. Sanktuarium istnieje od XVII wieku, a powstało ono w miejscu, gdzie według legendy, w 1516 roku miejscowy rolnik orząc pole odnalazł tę właśnie figurkę. Konie miały się zatrzymać, a z ziemi wydobywała się jasność. Jego oczom ukazała się figurka Matki Boskiej wielkości ręki, wyrzeźbiona w kamieniu, który miał kształt kielicha. Oracz zabrał figurkę i schował ją w skrzyni. A wkrótce on i jego żona oślepli. Aż pewnego dnia opiekująca się nimi kobieta poczuła wspaniały zapach wydobywający się ze skrzyni, zobaczyła też wydobywające się z niej światło. Opowiedziała o tym księdzu, który wziął figurkę, obmył ją z ziemi, a wodą z „kąpiółki” przetarto oczy niewidomym, czyli rodzinie Czeczków, którzy odzyskali wzrok.

   Od tego czasu kult Matki Boskiej Gidelskiej nieprzerwanie trwa do naszych czasów. Wciąż też pielęgnowany jest zwyczaj „kąpiółki”, czyli obmywania figurki w winie, które jest następnie oddawane pielgrzymom.

   Ja już miałem okazję bywać w Gidlach w młodych latach, kiedy dwu lub chyba trzykrotnie brałem udział w pielgrzymce na Jasną Górę. Niestety niewiele pamiętałem, a już na pewno nie zostało mi nic w głowie jeśli chodzi o sam kościół. A to całkiem spora budowla, która może nie robi wielkiego wrażenia z zewnątrz, ale tuż po przekroczeniu progu widać całą potężną bryłę tej budowli. Zespół klasztorny powstał już w latach 1640-1655, sama bazylika powstawała od 1612 roku pod kierunkiem Jana Buszta.

   Kościół jest trzynawowy z rokokowym ołtarzem głównym i licznymi ołtarzami bocznymi, ale oczy większości pątników kierują się do kaplicy Matki Boskiej Gidelskiej, gdzie w ołtarzu umieszczona została figura Matki Boskiej. Na ścianach kaplicy umieszczono ciekawie zobrazowaną historię powstania kościoła i cudów. Kościół i klasztor okala spora, zielona (nawet o tej porze) przestrzeń byłych ogrodów zakonnych, które są podobno często wykorzystywane przez mieszkańców i pątników jako miejsce rekreacji. Zanim udaliśmy się w dalszą podróż, odbyłem miłą rozmowę z panią sprzedającą pamiątki, dzięki czemu dowiedziałem się i o samym miejscu, i o zakonnikach, i winie, i… zostałam skierowany do internetowej strony Dominikanów, z której naprawdę można się sporo dowiedzieć.

   Zaopatrzeni w wino, wyruszyliśmy na drugą stronę wsi, żeby zobaczyć co zostało z innego założenia klasztornego w Gidlach, a mianowicie Kartuzów. Oczywiście zakonników już tutaj od dawna nie ma. Zakon trafił do Gidel w 1646 roku (podobno sprowadzeni zostali przez ówczesną właścicielkę wsi na przekór Dominikanom, z którymi była skłócona!) i była to trzecia w Polsce lokacja tego zakonu w Polsce. Najpierw powstał kościół drewniany, zastąpiony w połowie XVIII wieku świątynią murowaną, która – w przeciwieństwie do zakonników – przetrwała do dziś. Kartuzję poddano kasacie w 1832 roku, a kościół przekazano parafii.

   Niestety kościół był zamknięty, można go zatem wyłącznie podziwiać z zewnątrz. Pięknie się prezentuje zarówno ze względu na swoją prostą, zwartą bryłę z ciekawą, też raczej delikatną fasadą. Należy pamiętać, że Kartuzi to był jeden z zakonów o najsurowszej regule, stąd bogata fasada raczej nie licowała z regułą zakonną. Dzięki temu sam kościół, mury odgradzające posiadłość kościelną od pól i ulicy oraz zachowana brama wjazdowa, tworzą wraz z rozległą, w znacznej mierze pustą przestrzenią wokół niesamowite wrażenie. W znacznym stopniu przyczyniają się do wspomnianej na początku tego tekstu nostalgii i melancholii… I tylko szkoda, że i ten kościół był zamknięty na trzy spusty. Nie dało się wejść nawet do kruchty. Szkoda. Nie powinno tak być!

   Będąc pod wrażeniem tego, co widzieliśmy w Gidlach, wyruszyliśmy w drogę powrotną do Przedborza, mając nadzieję, że zanim się ściemni uda nam się jeszcze coś zobaczyć…

   I udało się. Trafiliśmy bowiem do Kobieli Wielkich. Wsi, do której chciałem przyjechać „od zawsze”. Jestem wielkim miłośnikiem twórczości Władysława Stanisława Reymonta, a jak wiadomo, to właśnie w Kobielach Wielkich urodził się ten wybitny polski pisarz. Mieszkańcy uhonorowali swojego krajana poświęconym mu pomnikiem. Podobno jest jeszcze jeden, ale z racji braku czasu i ludzi na ulicach, których moglibyśmy zapytać, nie udało nam się go znaleźć. Przy okazji „oblecieliśmy” dookoła kościół św. Anny, który – zgodnie z kościelną tradycją – był zamknięty. O samym kościele też niestety nie udało mi się nic przeczytać, poza tym, że parafia została utworzona w 1386 roku.

   Po drodze do ostatniego, zaplanowanego miejsca, trafiliśmy na niezwykle urokliwy i ponownie w znacznym stopniu działający na rozwój stanu melancholii, drewniany kościół w Niedośpielinie, otoczony pozostałościami kamiennych zdobień przykościelnych grobów. Wieś znana mi była właściwie tylko z… zakładu przetwórstwa mięsa, bowiem niedośpielińskie wędliny cieszą się sporym wzięciem. Sam też je zresztą sobie cenię. Natomiast nie miałem pojęcia, że wieś posiada tak urokliwe miejsce, jakim niewątpliwie jest całe założenie kościelno-cmentarne.

   Nie udało mi się wyszukać w internecie informacji o kościele, za to – na szczęście – zrobiłem zdjęcie niezwykle oryginalnej, krótkiej i – uwaga – pisanej ręcznie historii kościoła, zamieszczonej na zewnętrznej ścianie świątyni (nie muszę mówić, że kościół był zamknięty!). Z owej kartki możemy się dowiedzieć, że parafia istniała prawdopodobnie już w 1401 roku, zawsze była mała i przez pewien czas znajdowała się pod zarządem rezydujących w pobliżu Paulinów. Najpierw był kościół drewniany, w XV wieku wybudowano kolejny, który spłonął w wieku XVIII. Na jego miejscu stanął kolejny, również drewniany. I tu znów pojawiła się ciekawostka, bowiem ten oto kościół został przeniesiony ze Stanowisk, gdzie wybudowano kościół murowany. Konsekracja kościoła pw. Św. Katarzyny i Kazimierza nastąpiła w 1776 roku.

   I proszę, wystarczyła malutka kartka, do tego pisana ręcznie, a ile w niej informacji, ileż historycznych ciekawostek! To zresztą kolejny element, obok samej bryły kościoła, zachowanej, również drewnianej dzwonnicy i wspomnianego już cmentarza, który w znacznym stopniu wpływa na nasze samopoczucie, odpowiednio nastraja. Przy czym nostalgicznie raczej niż smutno, melancholijnie niż przygnębiająco.

   Warto zaznaczyć, że na cmentarzu znajduje się pomnik z historii współczesnej, bowiem poświęcony pamięci górników kopalni Wujek, zastrzelonych podczas pacyfikacji kopalni w grudniu 1981 roku. Jednym z nich był pochodzący z Niedośpielina Andrzej Pełka.

   W niewielką chwilę po wyjeździe z Niedośpielina dotarliśmy do ostatniego miejsca na trasie tego wyjazdu. Do kościoła i klasztoru Paulinów w Wielgomłynach. Chociaż to wieś bardzo blisko od Przedborza, bardzo rzadko w niej bywałem i tak na dobrą sprawę nie miałem okazji na poważnie przyjrzeć się temu wyjątkowemu miejscu. Niestety i tym razem nie było mi to dane, gdyż… tak, oczywiście kościół był zamknięty. Pozostało nam zatem tylko obejść go dookoła, poddać się klimatowi miejsca, pokiwać głową nad niszczejącą bramą wjazdową i ciekawe kamienne „kręgi” pamiątkowe, jeden poświęcony Janowi III Sobieskiemu oraz dwa upamiętniające posadzone dęby na pamiątkę pierwszej i setnej rocznicy odzyskania niepodległości. O kościele i klasztorze, który od XV wieku (z przerwami) należy do ojców Paulinów, napiszę przy innej okazji. Bo mam nadzieję, że taka okazja się pojawi.

   Nie mogliśmy za długo pospacerować wokół kościoła, bowiem zrobiło się bardzo zimno, a i zrobiła się już solidna szarówka, pozostało mi więc zrobić tylko ostatnie zdjęcie pomnika poświęconego zrywom niepodległościowym i udać się w drogę do domu. Na szczęście było niedaleko!

   Niezwykle miła to była podróż. Podróż zarówno wspomnień, jak i odkrywania nowych miejsc. Szkoda, że nie udało nam się zobaczyć wszystkich miejsc, ale widocznie tak miało być. Zresztą to temat na zupełnie inną opowieść.

Ray

Dzięki wuju Grzegorzu!