Lolo – reż. Julie Delpy

   Pamiętam, że przed paroma miesiącami, jeszcze na blogu, napisałem, że będę pisał o filmach, które udało mi się zgromadzić w domu. Nie ma tam bynajmniej samych dobrych filmów, zdarzały się „niewypały” i sporo średnich jakościowo produkcji. Pamiętam też dobrze, że jedynym filmem, o jakim udało mi się wtedy napisać, były „2 dni w Nowym Jorku” Julie Delpy. Produkcja z tych raczej średnich. Kiedy postanowiłem wrócić do opisywania filmów z domowej kolekcji wpadł mi w ręce kolejny film tej reżyserki, zatytułowany „Lolo”. To zdecydowanie młodsza produkcja pani Delpy, bo z 2015 roku, a dodatkową zachętą do jego obejrzenia był udział w jej realizacji Danny’ego Boona, jednej z największych współczesnych gwiazd francuskiej komedii. W grudniu ubiegłego już roku na ekrany polskich kin wszedł „Dusigrosz” z jego udziałem, zatem, zanim obejrzę tę nową komedię, z wielką chęcią przyjrzałem się ostatniej jak dotychczas produkcji pani Delphy.

   Od wielu już lat, pani Julia – zdecydowanie na siłę – porównywana jest z Allenem. Nie rozumiem tego, bo z każdym jej kolejnym filmem widzę tego Allena coraz mniej. To nie ten klimat, nie ta klasa. Takie porównanie – w mojej opinii – tylko krzywdzi panią Julię, której twórczość powinniśmy rozpatrywać jako… jej. Nie ma sensu, by dodawać jest coś, czego – przynajmniej ja – w jej filmach nie odnajduję.

   Jak się zatem ma „Lolo” do wspomnianej wyżej, poprzedniej produkcji, czyli „2 dni w Nowym Jorku”. Cóż, jest jakby trochę normalniej, nie ma już takiego nadmiaru dziwactw i głupoty, która śmieszna być mogła chyba tylko dla amerykańskiej publiczności. „Lolo” to już film we francuskim klimacie. Dzieje się we Francji i ma w sobie to, co w kinematografii tego państwa najlepsze. Specyficzny nastrój, ów klimat, innych ludzi, inne zachowania, po prostu nasze, europejskie. Już od pierwszych sekund filmu, reżyserka wyraźnie pokazuje, że chciałby wrócić swoją produkcją do czasów, gdy filmy francuskie podbijały świat. Odnajdziemy to w czołówce, odnajdziemy w muzyce.

   Sama zaś fabuła opiera się na znanym od lat trójkącie. Tyle, że zamiast kochanki lub kochanka, występuje dziecko Eloi (zwany Lolo). Właściwie to już zresztą nie dziecko, a dwudziestoletni chłopak, cwany i wyrachowany do granic. Zwyczajny socjopata, wykorzystujący naiwność i miłość matki do realizacji swojego jedynego celu, utrzymania miłości rodzicielki wyłącznie do niego. Oczywiście taki trójkąt też jest nam znany z literatury, czy filmów, ale Julie udało się zrobić naprawdę całkiem udany, dość zgrabnie podany i nienużący film.

   Główną bohaterką filmu jest Violetta (Julie Delphy), kobieta po czterdziestce i po przejściach, której od wielu już lat, od kiedy opuścił ją mąż (ojciec Lola), nie udaje się utrzymać na dłużej żadnego związku z mężczyznami. Kobieta utrzymuje za to przyjacielskie stosunki z Ariane (Karin Viard), z którą obgadują wszystko i wszystkich, poruszając w bardzo niewybredny (by nie powiedzieć, że wulgarny) sposób kwestie stosunków damsko-męskim (jakaż to wielka różnica w stosunku do filmów Allena!). W trakcie pobytu w Biarritz (prowincja w stosunku do Paryża), poznaje mężczyznę Jean-René Gravesa, który stanowi jej zupełne zaprzeczenie. Nie jest intelektualistą, nie zna się na modzie, jest prosty w obyciu. Za to jest znakomitym informatykiem, tworzącym skomplikowane programy dla biznesu. No i de tego jest podobno dość dobrze „obdarzony przez naturę”. Ten ostatni szczegół był dość ważny podczas pierwszej wspólnej nocy, potem Violetta i J.R. najzwyczajniej w świecie zakochują się w sobie.

   Miłość matki do J.R. musiała wzbudzić niepokój Lola (ciekawa rola Vincenta Lacoste’a), który postanowił zrobić wszystko, aby zniechęcić matkę do swojego najnowszego kochanka. Jak się okazuje, zaprawiony w takich bojach młodzieniec potrafi skutecznie podziałać, żeby rodząca się miłość dość szybko uległa zniszczeniu. Nie będę opisywał wszystkiego, powiem tylko, że chociaż sporo w tej produkcji ogranych sytuacji, to jednak – przyjmując oczywiście określoną konwencję – ogląda się ten film całkiem dobrze. Nie ma fajerwerków, nie ma zbyt wielu wybuchów śmiechu (raczej delikatne skrzywienia warg), nie ma zbyt wielu błyskotliwych dialogów. To taki obyczajowy film z elementami komediowymi. Jeśli już czymś można się zachwycać, to samym Lolem, którego cynizm jest pokazany pierwszorzędnie. Z drugiej zaś strony, czy wypada zachwycać się ewidentnym socjopatą?!

   Jeśli ktoś szuka poważnego kina, niech sobie odpuści. Jeśli ktoś ma ochotę posikać się z ze śmiechu, niech da sobie spokój. Jeśli ktoś chce obejrzeć poprawnie zrobiony film, o którym zapomni się zapewne bardzo szybko, jeśli chce spędzić całkiem miło półtorej godziny, spokojnie może go obejrzeć. Mnie się zdecydowanie bardziej podobał od poprzedniego filmu Julie Delpy.

Ray

**********
METRYCZKA:

Tytuł: Lolo

Tytuł oryginalny: Lolo

Reżyseria: Julie Delpy

Scenariusz: July Delpy, Eugénie Grandval

Produkcja: Francja

Rok emisji: 2015

Gatunek: komedia

Obsada: Julie Delpy, Dany Boon, Vincent Lacoste, Karin Viard, Antoine Lounguine