Moje córki krowy, reż. Kinga Dębska

   Ten wtorkowy wieczór zostanie w moje pamięci na długo, z dwóch zwłaszcza powodów. Pierwszy dotyczył mojej obecności na przedpremierowym pokazie filmu, drugi powód to sam film. Jak wiele razy już pisałem, do kina chodzę rzadko. Brakuje czasu i pieniędzy. Staram się zatem bywać na tym, co… lubię. Na filmach określonych reżyserów, których wcześniejsze filmy przypadły mi do gustu, na określonych rodzajach filmów, czasami na filmach, o których słyszałem coś dobrego. Natomiast nie pamiętam już kiedy ostatni raz byłem na premierze filmu. O przedpremierowym pokazie nawet nie wspominam. Ale tym razem Malu zakupiła bilety na taki pokaz, organizowany wspólnie przez Multikino i TVP, a dokładnie program „Kocham kino”. Prowadząca ten program pani Grażyna Torbicka wygłosiła parę słów wstępu, a potem już mogliśmy zanurzyć się w wyjątkowy świat stworzony przez panią Kingę Dębską.

   Film o dziwnym tytule Moje córki krowy” to film wyjątkowy pod kilkoma względami. Opowiada historię dwóch sióstr (Kasi i Marty – w tych rolach fantastyczne: Gabriela Muskała i Agata Kulesza), kobiet około czterdziestki, pracujących (jedna jest aktorką w serialach, druga nauczycielką), posiadających swoje własne rodziny (jedna mieszka tylko z córką, druga z synem i bezrobotnym mężem – w tej roli znakomity, jakże inny od dotychczasowych ról – Marcin Dorociński), ale też bardzo związane uczuciowo ze swoimi rodzicami. Spotykamy się z nimi w momencie dla nich wyjątkowo trudnym, albowiem ich mama (Małgorzata Niemirska) zapada w śpiączkę po poważnym wylewie. A parę dni później okazuje się, że tata („miażdżący” Marian Dziędziel) ma guza w mózgu. Ten krótki opis może zatem sugerować, jaki to będzie film: smutny, płaczliwy, ciemny, bolesny itd. itp. A tymczasem, dostajemy coś zupełnie innego. Film jasny, niezwykle ciepły, smutny (bo przecież rodzinę Makowskich dotyka poważne nieszczęście), ale nie płaczliwy, nie przygnębiający. Film, który pokazuje, że smutek, żal, ból można, a nawet da się przeżyć, że można zachować się „normalnie”, można zachować umiarkowany spokój, że to doświadczenie można wręcz przekuć w coś, co w ostatecznym rachunku wyjdzie nam, czyli tym, którzy pozostali przy życiu, na dobre.

   Film nie pozostawi nikogo obojętnym, film wzrusza, a jednocześnie daje siły. Niezwykłe były wypowiedzi osób, z którymi wspólnie oglądaliśmy ten obraz, że może im pomóc w przeżyciu trudnych chwil, jakie dosięgają właśnie ich rodziny. Bo przecież problem odchodzenia dotyczy każdego z nas, bo w każdym domu wcześniej czy później ten problem się pojawi. I – jak pięknie powiedziała jedna z pań – warto ten film obejrzeć, warto do niego w takich przykrych sytuacjach wrócić, bo stanowić on może rodzaj terapii. I nie jakiejś sztucznej, wymyślonej, ale terapii, którą był on sam dla jego twórcy. Bo, jak się okazało, scenariusz filmu powstał na podstawie doświadczeń scenarzystki i reżyserki, czyli pani Dębskiej. Nie był on bynajmniej odwzorowaniem jej przypadku w stosunku „jeden do jednego”, ale był lekko przerobionym opisem jej zmagania się z chorobą rodziców, ich śmiercią, był opisem jej kontaktów z siostrą w tym strasznym dla nich okresie.

   Można było z tego filmu zrobić rzecz przytłaczającą, a tymczasem autorka stworzyła gorzką komedię, film, jakiego nie powstydziliby się najlepsi, zwłaszcza… czescy autorzy. Ból przez śmiech, śmiech w bólu, śmiech obok bólu. To przecież nasze życie. Można je przeżyć na smutno, ale też można – a film udowadnia, że jest to możliwe – nabrać dystansu do wszystkiego, co się wokół nas dzieje. Nie znaczy to, że nie będziemy przeżywać, nie znaczy to, że mamy się nie smucić, ale warto pamiętać, że każdy z nas może przeżyć trudne chwile w bardzo różny sposób. Dla wielu ten inny sposób wydaje się niewłaściwy. Bo jak można żyć, jak można się cieszyć, czy słuchać muzyki, gdy bliscy umierają. Przecież tak nie wolno, przecież tak nie uchodzi. A właśnie „gówno prawda”, że posłużę się tu jednym z rodzajów prawdy księdza Tischnera. Można ból, smutek, żal przeżyć inaczej niż tylko pogrążając się depresję. Ale do tego potrzebny jest ów dystans, potrzebne jest inne spojrzenie na świat, często również wiara w to, że to całe nasze życie ma jednak jakiś sens. Musi mieć, bo inaczej życie byłoby bez sensu.

   „Moje córki krowy” to bardzo czeski film w polskim wykonaniu. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zobaczę taki właśnie film stworzony przez polskiego twórcę. Jak się okazało (taką informacją podzieliła się z widzami, biorąca również udział w spotkaniu pani Ilona Łepkowska), pani Kinga Dębska uczyła się pracy reżysera m.in. w Pradze. I to widać, słuchać i czuć, Musiała przesiąknąć tą wyjątkową atmosferą, klimatem, umiejętnością „czeskiego” patrzenia na życie. Swoim, pięknym, poruszającym smutno – radosnym filmem udowodniła, że praskie studia opłaciły się, udowodniła, że nawet będąc Polką jest w stanie zrobić film na najwyższym „czeskim” poziomie.

   To film, który winien dotrzeć do wszystkich, którego powinni obejrzeć wszyscy. Bo wzrusza, bo daje do myślenia, do pokazuje, że trzeba żyć nawet wtedy, gdy dosięgnie nas smutny los.

   Na zakończenie muszę dodać, że w końcowej scenie pojawia się znakomita piosenka Piotra Bukartyka z jego ostatniej płyty. A do tego ze zmienioną wersją tekstu. Obejrzyjcie, posłuchajcie, pomyślcie. Urońcie łzę i mocno się uśmiechnijcie.

Ray

METRYCZKA:
Tytuł: Moje córki krowy
Reżyseria: Kinga Dębska
Scenariusz: Kinga Dębska
Produkcja: Polska
Rok emisji: 2015
Gatunek: dramat, komedia
Obsada: Agata Kulesza, Gabriela Muskała, Marian Dziędziel, Małgorzata Niemirska, Marcin Dorociński, Łukasz Simlat

Recenzja ukazała się pierwotnie na stronie Agencji Metal Mundus w dniu 08.01.2016