Przypadek – reż. Krzysztof Kieślowski

   Nie wiem, jak inni, ale mnie bardzo często się zdarza myślę, co by się stało, gdybym coś właśnie zrobił lub nie zrobił, wszedł lub nie wszedł, poszedł, nie poszedł. Czy gdybym chwilę jeszcze pobył w określonym miejscu lub wyszedł wcześniej. Męczące to pytania, zwłaszcza, że przecież i tak nie znajdzie się na nie odpowiedzi. Musiałaby się dana rzecz po prostu dokonać. W literaturze, czy w filmie oczywiście na taki manewr można sobie pozwolić. I pozwolił sobie na niego Krzysztof Kieślowski. Stworzyć jeden z najlepszych, moim skromnym zdaniem, filmów, zatytułowany „Przypadek”. Oczywiście wymyślony i zrealizowany przez Kieślowskiego pomysł, został później wykorzystany m.in. w „Przypadkowej dziewczynie”, czy „Biegnij, Lola biegnij”.

   „Przypadek” obejrzałem przed wielu laty. Wywołał na mnie przeogromne wrażenie, chociaż oczywiście wtedy zupełnie inaczej go odebrał, jak niedawno, w księgarni Big Book. Obejrzałem go w ramach rozpoczętego w tym dniu cyklu spotkań z panem Łukaszem Maciejewskim, poświęconemu prezentacji wybranych przez pana Łukasza filmów. Chociaż „Przypadek” mam w domowej kolekcji, ale nakręcony wstępną prezentacją i rozmową z panią Marzeną Trybałą, postanowiłem go obejrzeć raz jeszcze. A skoro obejrzałem, wypada podzielić się wrażeniami.

   Dla mnie, człowieka bardzo młodego w czasach, o których opowiada i w których był kręcony to oczywiście przede wszystkim film wspomnień. Nie byłem tak zaangażowany, jak starszy przecież bohater, ale pamiętam chociażby siłę tekstów Jacka Kaczmarskiego w tamtych czasach. Grało się te piosenki i śpiewało z wielkim namaszczeniem, z wiarą, że ten śpiew i idące za nim idee kiedyś się ziszczą. To film, który na młodym człowieku (ale nic się nie zmieniło i dziś) zrobił ogromne wrażenie, jako obraz ludzi, ówczesnego (a czy coś się tak naprawdę zmieniło) społeczeństwa. Znakomity obraz, znakomitego i strasznego społeczeństwa. Czy cos się zmieniło? Nie, zawsze były i będą podziały, tyle tylko, że są okresy, kiedy te podziały są bardzo wyraźne, kiedy działające w społeczeństwie odśrodkowe siły rozrywają to społeczeństwo na coraz mniejsze kawałki. Niszczone jest wszystko, wiara, uczciwość, prawda. Nic nie ma znaczenia, ważne jest to, co tu i teraz, ważne jest przypodobać się tym, którzy więcej mogą, a jak mogą dla siebie, to może i dla nas coś skapnie.

   Bohater filmu Witek Długosz, grany przez Bogusława Lindę (tu znów przyznaję, że ten właśnie film, prawdopodobnie pierwszy, jaki widziałem z panem Lindą uznawałem za najlepszy film z jego udziałem. Obecnie obok niego postawiłbym „Powidoki”) trzykrotnie wbiega na peron, za każdym razem, w zależności od tego, czy zdąży na pociąg, czy też nie, historia jego życia zaczyna toczyć się zupełnie inaczej.

   Na podstawie tych historii, Kieślowski pokazuje kilka możliwych scenariuszy życia, jakie mogły być udziałem młodego człowieka w osiemdziesiątych latach ubiegłego wieku. W pierwszym przypadku (Witek zdążył na pociąg) pokazuje człowieka, który „istnieje” wśród tych, co u władzy, który dzięki protekcji poznanego w pociągu starego komunisty dostaje pracę, ale nie daje się tak do końca wciągnąć w ideologiczną walkę. Chce po prostu pracować, żyć, robiąc to, co do niego należy. A jednocześnie dzięki miłosnemu związkowi ze szkolną koleżanką Czuszką (Bogusława Pawelec) ma związek z działaniami podziemnych organizacji. Pewne, przypadkiem i w dobrej wierze powiedziane słowa powodują jednak, że jego życie ulegnie nagłej, poważnej zmianie… Muszę tu dodać ważny szczegół. Tuż przed sytuacją, która spowodowała jego rozstanie z systemem, Witek miał lecieć do Francji. Oczywiście po zdarzeniu już nie miał na to szans…

   W drugim przypadku (Witek nie zdążył na pociąg) młodzieniec (pominę oczywiście, w jaki sposób do tego doszło, żeby nie psuć „przyjemności oglądania – muszę też od razu dodać, że ten fragment filmu został bezpowrotnie zniszczony przez cenzurę) z kolei jest mocno zaangażowany w ową antypartyjną (oczywiście oznaczało to: antypaństwową) działalność, wiąże się z kościołem, próbuje rozpalić w sobie wiarę. Tym razem (znów pośrednio przez kobietę Werkę (Marzena Trybała) – siostrę jego kolegi, który wyjechał z ojcem do Danii) zostaje oczerniony o zdradę… Tym razem Witek miał… polecieć do Francji w ramach organizacji kościelnej. Oczywiście po zdarzeniu już nie miał na to szans…

    Wreszcie trzeci scenariusz, w którym Witek znów nie zdążył na pociąg. Zostaje w Łodzi, wraca na uczelnię (studiuje medycynę), tam wiąże się z koleżanką Olgą (Monika Goździk), żeni się, pracuje w szpitalu, ma szansę zrobić sporą karierę naukową. Jego dziekan (znakomity Zygmunt Hübner), który zaczyna tracić „zaufanie władzy” zachęca Witka, by zastąpił go na konferencji we Francji… Już nic nie napiszę, ale poza kilkoma, właśnie ta ostatnia scena na zawsze wbiła mi się w pamięć…

   Czym jest nasze życie? Czy tylko przypadkiem? Pewnie nie. Ale przypadek odgrywa ogromne znaczenie w naszym życiu. Jestem o tym przekonany w stu procentach. W moim na pewno.

Ray

METRYCZKA
Tytuł: Przypadek
Reżyseria: Krzysztof Kieślowski
Scenariusz: Krzysztof Kieślowski
Produkcja: Polska
Rok emisji: 1981/1987
Gatunek: dramat
Obsada: Bogusław Linda, Tadeusz Łomnicki, Zygmunt Hübner, Zbigniew Zapasiewicz, Bogusława Pawelec, Marzena Trybała, Monika Goździk, Adam Ferency