Beth HART – Front And Cover (Mascot Music, 2018)

Beth HART – Front And Cover (Mascot Music, 2018)

01. Let’s Get Together
02. Baddest Blues
03. Jazz Man
04. Delicious Surprise
05. Broken And Ugly
06. St. Teresa
07. Isolation
08. Tell Her You Belong To Me
09. Fat Man
10. Love Gangster
11. Leave The Light On
12. As Long As I Have A Song
13. Can’t Let Go
14. For My Friends
15. No Place Like Home

Beth Hart – wokal, pianino, gitara, bas
Bob Marinelli – bas
Bill Ransom – perkusja
Jon Nichols – gitara
Sonny Landreth – gitara

   Beth Hart poznałem dzięki koledze Adamowi. Ładnych parę lat temu zachęcił mnie, bym poszedł na jej koncert do Progresji. Powiedział tylko, że warto, że nie pożałuję. Cóż było robić, pojechałem do klubu, żeby zobaczyć to cudo… A ono rzeczywiście okazało się cudem. Ten koncert to było coś tak niesamowitego, tak wyjątkowego, że już na zawsze wbił mi się w pamięć. To był koncert, który poruszył mnie wyjątkowo, a do tego do „katalogu” moich ulubionych wykonawców dołączył właśnie to wyjątkowe, niesamowite zjawisko, jakim okazała się Beth Hart. Piszę zjawisko, bo to nie była tylko znakomicie śpiewająca kobieta, to nie była tylko muzyka, to było coś ze wszech miar nieoczywistego, oryginalnego. Nie mogłem wprost uwierzyć, że w tym niewielkim w sumie kobiecym ciele mieści się taki nieograniczony zasób energii, że swoim głosem ta niewielka przecież kobieta może zarówno porwać tłumy do ataku, jak i delikatnie pogłaskać przed snem. Nie wierzyłem, że mogę dać się tak bardzo utulić płynącą ze sceny melancholijną nutą i przenieść się w czasie do lat, gdy na scenie królowa (zdecydowanie za krótko) jeszcze niższa pani Joplin. Beth potrafiła zrobić to wszystko, nie tylko potrafiła, ona to po prostu zrobiła.

   Nie ukrywam zatem, że kiedy kolejny kolega o tym samym biblijnym imieniu wręczył mi promówkę koncertowej płyty Beth Hart serducho podleciało mi do samego gardła. Miałem go ochotę wręcz uściskać, bo liczyłem na nagły przypływ tych samych doznań, jakich doznałem na wspomnianym koncercie. Kiedy jednak wróciłem do domu, włączyłem natychmiast tę płytę i… tak, to było dokładnie to, czego się spodziewałem. To było to, czego chciałem i zapewne czego chcą wszyscy miłośnicy talentu tej pani. To płyta dla osób, lubiących ten rodzaj muzyki, której można słuchać na okrągło. To krążek, który nigdy się nie znudzi. Album, w którym można się po prostu zakochać. I ja się w nim zakochałem i trochę wbrew temu, co powinienem zrobić, a zatem szybko coś na jego temat napisać, wcale nie miałem ochoty tego robić, chciałem sobie go zatrzymać tylko dla siebie, chciałem tę miłość chronić i mieć na wyłączność.

   Jak to bywa jednak w miłości, z czasem zaczynamy rozumieć, że tak się nie da, że nie można się zamykać, że warto się tą miłością podzielić z innymi. Zatem i się dzielę, i piszę, i zachęcam gorąco do zapoznania się z tą płytą i… zakochania się w zawartej na niej muzyce. Bo to muzyka, która poruszy każdego, bo to nie jest sztuczny produkt, stworzony do zapełniania list przebojów, to prawdziwa muzyka serca, muzyka korzeni, to blues, to jazz, to rock, to swing i country, to po prostu wszystko, co wiąże się z Ameryką, ale sprawi też radość nam, Europejczykom…

   W każdym razie mnie ta muzyka porywa i porusza, daje radość, łagodzi smutek, wzrusza. I jestem pewien, że podobnie reagowała publiczność zgromadzona w klubie w Nowym Jorku. Nie słychać za wiele głosów, można zatem sądzić, że niewielki to klub, czyli taki, w którym ten rodzaj muzyki sprawdza się najlepiej. Gdzie do naszych uszu dociera każdy dźwięk, gdzie istnieje bezpośredni wręcz kontakt grających z publicznością. W takich warunkach ta muzyka zyskuje jeszcze jeden wymiar, koncert zamienia się w rodzaj specyficznego nabożeństwa, w którym uczestniczą nieliczni, wybrani, wśród których nie ma nikogo przypadkowego, nie ma przeszkadzania, brak malkontentów. Tworzy się pewna wspólnota, która przeżywa wspólnie chwile uniesień powodowane przez kierującą tym specyficznym na poły sakralnym, na poły teatralnym spektaklem wokalistkę.

   O muzyce wykonywanej przez wokalistkę już wspomniałem. Śpiewa niesamowicie bez względu na to, który rodzaj muzyki w danym utworze akurat dominuje. Beth wzrusza, gdy śpiewa piękne balladowe utwory, jak w „Leave The Light On” i „Leave The Light On”, jak w niezwykle osobistych wyznaniach w utworach „St. Teresa”, czy ” Isolation”, czy wreszcie w lekko przebojowej balladzie „Tell Her You Belong To Me”. Beth cieszy uszy bluesowymi, unikalnymi „zaśpiewami” w „Baddest Blues”, w lekko swingującym „Jazz Man”, dokłada wreszcie rockowego pazura np. w takich kompozycjach, jak w joplinowskim „Delicious Surprise”, rockowo-bluesowym „Broken And Ugly”, czy wreszcie w „Can’t Let Go”. Bez względu na tempo, klimat, rodzaj utworu, wszystkie są zagrane i zaśpiewane znakomicie. Perfekcyjnie, a jednocześnie z charakterystycznym dla Beth luzem.

   Publiczność to wszystko docenia, śpiewa wspólnie z wokalistką, bawi się i wzrusza. Zachęcam do posłuchania tej płyty, zachęcam do uczestnictwa w koncertach wokalistki, bo przeżyte na nich chwile pozostają z nami na zawsze.

Ray