Buddy GUY – Born To Play (Sony Music, 2015)

01. Born To Play Guitar
02. Wear You Out (feat. Billy Gibbons)
03. Back Up Mama
04. Too Late (feat. Kim Wilson)
05. Whiskey, Beer & Wine
06. Kiss Me Quick (feat. Kim Wilson)
07. Crying Out Of One Eye
08. (Baby) You Got What It Takes (feat. Joss Stone)
09. Turn Me Wild
10. Crazy World
11. Smarter Than I Was
12. Thick Like Mississippi Mud
13. Flesh & Bone (feat. Van Morrison)(Dedicated to B.B. King)
14. Come Back Muddy

Skład:
Buddy Guy – wokal, gitara
Tom Hambridge – perkusja, instrumenty perkusyjne
Doyle Bramhall II, Rob McNelley, Kenny Greenberg, Bob Britt, Billy Cox – gitary
Glenn Worf, Michael Rhodes, Tommy Macdonald – bas
Reese Wynans, Kevin McKendree, Rob McKendree – klawisze
The McCrary Sisters – chórki
gościnnie
Billy Gibbons – gitara, wokal
Kim Wilson – harmonijka
Joss Stone, Van Morrison – wokal

   Wiele razy zastanawiałem się podczas słuchania różnych bluesowych wykonawców, co takiego jest w tej muzyce, że chociaż od dziesiątków już lat wykorzystuje się określony schemat (może rozszerzmy – określone schematy), chociaż moglibyśmy powiedzieć, że setki wykonawców grają wciąż tę samą melodię, to jednak za każdym razem, kiedy tylko włączamy płytę z muzyką bluesową, zachwycamy się nią. Za każdym razem wpadamy w określony, zarezerwowany tylko dla bluesa, nastrój. Nieodmiennie, od lat ten sam. Nastrój wyjątkowości, nastrój uczestniczenia w czymś wyjątkowym, w czymś na wzór rodzinnego wręcz, ciepłego spotkania ze starymi znajomymi, z którymi można pogadać o wszystkim. Jak z nikim innym.

   Takie refleksje zrodziły się ponownie w mojej głowie podczas słuchania nowego krążka jednego z mistrzów klasycznego bluesowego grania – Buddy’ego Guya. Ten znakomity, zasłużony muzyk obchodził w tym roku swoje siedemdziesiąte dziewiąte urodziny. To coś niesamowitego, jak blues dodaje muzykom siły, jak wlewa w nich energię, że są w stanie uczestniczyć w muzycznym życiu przez długie, długie lata. I co najważniejsze, nigdy nie schodzą z obranej ścieżki, i nigdy nie schodzą poniżej określonego – zazwyczaj – bardzo wysokiego poziomu.

   „Born To Play” mówi wszystko już samym tytułem. Urodzony, by grać, urodzony, by grać na gitarze, by grać bluesa. Już rodzice Buddy’ego wiedzieli, że ich „little boy’s got the blues” (to oczywiście wyjątek z pierwszego, tytułowego utworu na płycie), a on jako (prawie) grzeczny syn, rzeczywiście zaczął grać bluesa i robi to po dzień dzisiejszy. I to tak znakomicie, że ”everyboody knows his name”…

   Na nowym krążku mistrza znalazło się czternaście kompozycji, i tych bardzo klasycznych i takich sięgających po nowoczesne wytwory techniki („Crazy World”). Bez względu jednak, czy Buddy gra „klasyka”, czy urozmaica swój repertuar o zahaczające o inne style muzyczne utwory, wszystkie brzmią tak, jak powinny, wszystkie stają się jego utworami, wszystkie zachwycają. Nieodmiennie zachwyca jest specyficzny sposób śpiewania, nieodmiennie fantastycznie brzmi jego metaliczna gitara, nieodmiennie porażają maestrią proste z pozoru, a jakże cudne zagrywki. A produkcja Tommy’ego Hambridga (zresztą współautora kilku utworów) dodaje tej muzyce dodatkowego blasku.

   Idąc z duchem czasu, mistrz zaprosił do udziału w nagraniach znakomitych gości. W numerze „Wear You Out” dostajemy świetny, energetyczny, rockowo – bluesowy numer wyrwany wręcz z dyskografii ZZ Top. W utworach „Too Late” i „Kiss Me Quick” z cudnym głosem i harmonijką pojawia się Kim Wilson, zaś erotycznego napięcia, jakie wytworzyło się między starszym panem a młodziutką, ale jakże fantastyczną Joss Stone w utworze „(Baby) You Got What It Takes” w żaden sposób nie da się opisać. Myślę, że gdyby człowiek nie wiedział, że dzieli tę dwójkę taka różnica wieku i doświadczenia, nigdy by na to nie wpadł. Ostatnim gościem na krążku jest Van Morrison, który swoim niepowtarzalnym głosem śpiewa wspólnie z Buddym piosenkę poświęconą zmarłemu w tym roku B.B. Kingowi.

   Utwór „Flesh & Bone” przypomina niestety, że czas nasz płynie zbyt szybko, że wcześniej czy później będziemy musieli pożegnać ludzi, którzy wydawali się być nie do zdarcia, którzy powinni przeżyć nas wszystkich. Muszę tu wspomnieć również o zmarłym w tym roku Janie „Kyksie” Skrzeku, który na ostatnim krążku Śląskiej Grupy Bluesowej też przecież śpiewał, że urodził się, by grać bluesa, i grał go do – niestety – zbyt szybkiego końca. Na szczęście zostanie z nami na zawsze ich wyjątkowa muzyka.

   Na zakończenie, chociaż wiem, że Buddy Guy nigdy tych słów nie przeczyta, chciałbym mu życzyć, by zdrowie dopisywało mu jak najdłużej, by uradował nas – fanów jeszcze niejedną płytą. To oczywiście takie życzenie z cyklu „tobie – mi”. Bo chciałbym, by Buddy grał i śpiewał, a dzięki temu, ja zawsze będę mógł liczyć na kolejny, wyśmienity krążek.

Ray

Recenzja ukazała się w dniu 15.03.2019.

Pierwotnie recenzja ukazała się na byłej stronie Agencji Metal Mundus we wrześniu 2015 r.