Iggy POP – Free (Universal, 2019)

01. Free
02. Loves Missing
03. Sonali
04. James Bond
05. Dirty Sanchez
06. Glow In The Dark
07. Page
08. We Are The People
09. Do Not Go Gentle Into That Good Night
10. The Dawn

Skład:
Iggy Pop – wokal
Noveller – guitarscape
Leron Thomas – trąbka, klawisze
Aaron Nevezie – gitara, bas
Chris Berry, Tibo Brandalise, Thomas Glass – perkusja
Kenny Ruby – bas, klawisze
Faith Vern – chórek
Robin Sherman, Kenny Ruby – bas
Ari Teitel, Gregoire Fauque – gitara
Florian Pellissier – klawisze

   Dawno, dawno temu, moja szanowna małżonka czasami brała wieczorem gitarę i śpiewała mi przed snem różne miłe piosenki. Wszystkie były milusie, a wśród nich była piosenka z tekstem Ryszarda Marka Grońskiego, zaczynająca się od słów: “Jak dobrze, że są wśród nas niemądrzy, starzy poeci”. Kiedy po raz pierwszy przesłuchałem nowy album Iggy’ego Popa, nie wiem, dlaczego, nie wiem skąd, ale właśnie słowa tej piosenki natychmiast mi się przypomniały. Bo właśnie teraz, kiedy tych wielkich jest coraz mniej, każdy nowy album jednego z nich jest nam niezbędny, jak powietrze i pożywienie. Jeszcze niedawno wydawało się, że wszyscy nasi idole będą z name na zawsze, bo przecież zawsze byli, a tymczasem… Dobrze, że są wspomnienia i płyty!

   Iggy Pop ma już dużo lat, właściwie zawsze wyglądał staro, ale teraz wygląda na tyle, na ile ma lat. Wiek wymusił na nim, że musiał trochę zwolnić, że zarówno koncerty, jak i piosenki muszą się trochę różnić od tych sprzed lat. Ale to zwolnienie nie wpłynęło bynajmniej na wyrazistość jego twórczości. Według mnie, to właśnie Iggy znakomicie udowadnia, że wiek może i wpływa na nas, bo musi, ale nie oznacza, że stajemy się w jakikolwiek sposób gorsi. O nie! I ta płyta w pełni to pokazuje. Nie wiem, co o niej sądzą inni, na szczęście nie czytałem jeszcze żadnej recenzji, dla mnie to kolejne mistrzostwo świata. To kolejny krążek, który nie tylko można postawić obok wcześniejszych, tych kultowych albumów Popa, ale też krążek, do którego będzie się wracać z wilka chęcią.

   Iggy wycofał się trochę z szaleństwa, wycofał z chropowatości (w sumie to też żadna nowość), poszedł w trochę inną stronę, stronę melancholii, rozliczeń, melodyjnych “przemówień”. Kiedy jednak dobrze spojrzymy na jego twórczość, to… przecież zawsze to robił. Może nie w takim zestawieniu, ale robił. Podobnie, jak zawsze mieszał muzykę. Przecież nigdy nie dało się jednoznacznie określić, przyporządkować tych jego eklektycznych tworów. I tutaj jest podobnie, prawie każdy kawałek jest inny, a każdy dobry, a każdy porusza.

   Zapowiedzią tego, co znajdziemy na albumie jest utwór “Free”, rodzaj klimatycznego into z niezwykłą partią trąbki. To właśnie ta trąbka, obsługiwana przez Lerona Thomasa stała się znakiem firmowym tego albumu, to ona w zdecydowany sposób wpłynęła na klimat tej płyty, nadała jej lekko jazzowego, lekko melancholijnego nastroju. Ale nie zabrakło też trochę brudnej, charczącej, surowej gitary w “Loves Missing”. To nawiązanie do tego rozbestwionego, rozhukanego Popa sprzed lat, tu już lekko stonowany, ale wciąż z tym niesamowitym powerem, jakiego liczni mogą tylko zazdrościć. To Pop klasyk, miły i cierpki jednocześnie. Mistrzostwo! A potem, w utworze “Sonali“ znów jest spokojniej, wręcz balladowo, z lekko rwanym rytmem, ale jakże pięknie, nostalgicznie. I znów ta trąbka, i znów ciarki na plecach.

   Nie było płyty Iggy’ego, by nie znalazł się na niej jakiś utwór, który z miejsca stawał się lub przynajmniej mógł stać się wielkim hitem. I w tym wypadku taki numer się znalazł. To oczywiście singlowy “James Bond”, numer perełka, oparty na świetnym basie, prosty i dowcipny. Taki Pop w pigułce, dla młodych i starych, łatwy w odbiorze, a jednocześnie zachowujący wszystkie patenty mistrza. I jeszcze ta trąbka! Swoją drogą to numer Lerona Thomasa, jak zresztą większość na płycie.

   Potem mistrz przenosi nas ciut na południe i zapodaje utwór z meksykańską nutką! “Dirty Sanchez” to kolejny świetny, z plumkającą gitarą, miły, fajny kawałek. Iggy zawsze miał niezwykły, ciekawy głos, ale od paru lat, odnoszę wrażenie, że jego głos staje się jeszcze niższy niż przed laty. I takim niskim głosem obdarzył wszystkie piosenki. Najpierw w lekko industrialno-ambientowym “Glow In The Dark”, później w balladowym, klimatycznym “Page”.

   I wreszcie przyszła pora na trzy ostatnie numery, które tworzą oddzielną bajkę. Nazwałem je pieśniami-odezwami, bo na tle miłej, klimatycznej muzyki Pop raczej przemawia niż śpiewa. To też żadna nowość, a jednak podana trochę inaczej. O ile wcześniej widziałem w nim buntownika, kontestatora, tak teraz słucham go raczej jak wieszcza, jak mistrza, jak człowieka doświadczonego, którego nie tylko warto, ale którego trzeba wysłuchać.

   Trzeba wysłuchać, bo nie tylko prezentuje znakomitą muzykę, ale też poruszające teksty. Iggy ich nie pisał, ale znakomicie je zinterpretował, słowa napisane przez innych (m.in. świetny tekst Lou Reeda w “We Are The People”) wypowiadane przez Iggy’ego nabiera siły stokrotnie większej.

   No właśnie, “jak dobrze, że są wśród nas niemądrzy, starzy poeci”. Nie mogę już niestety podziękować Panu Ryszardowi za słowa o poetach, ale dziękuję Panie Iggy za to, że byłeś, że jesteś i – mam nadzieję – że jeszcze długo z nami będziesz!

Ray