JAKSZYK FRIPP COLLINS – A King Crimson Project – A Scarcity Of Miracles (2011 Panegyric)

01. A Scarcity Of Miracles
02. The Price We Pay
03. Secrets
04. This House
05. The Other Man
06. The Light Of Day

Skład:
Jakko M. Jakszyk – gitara, wokal, gu zheng, klawisze
Robert Fripp – gitara
Mel Collins – saksofon, flet
Tony Levin – bas
Gavin Harrison – perkusja

   Fani Karmazynowego Króla, a Wasz recenzent należy do grona tych najbardziej „elektrycznie porażonych” dziełem zespołu, wpadli w coś w rodzaju Karmazynowej gorączki. Niezależnie od składu powołanego przez Roberta Frippa „pod broń” z daleka czuje się nadejście wielkiego wydarzenia. Bo Fripp to artysta rewolucyjny, niezgłębiony, chimeryczny, ale w każdym calu genialny. Doprawdy trudno w historii Króla przewidzieć i zrozumieć pewne kroki, które niekiedy unicestwiały jeden ledwo narodzony byt artystyczny, by za chwilę po cichutku, bez zbytniego rozgłosu, niepostrzeżenie stworzyć muzykę, która wywoła w świecie rocka potężny rezonans.

   Fripp od zawsze unikał pierwszych stron gazet, później portali internetowych, nadając kształt swoim pomysłom artystycznym w spokoju studia, następnie wydając jeden album, czasami kilka w cyklu, po czym znikając ze sceny jak duch. Niekiedy niezadowolony z czegoś, o czym wiedział tylko on, degradował projekt do ruin w szczytowym okresie popularności. Tak przecież było w latach 1974- 1980, mimo tego, że wydane w tym czasie albumy należą od wielu lat do klasyki ambitnego rocka, ukochane przez setki tysięcy fanów na całym świecie. Fripp, wielki innowator, twórczy prowokator, nic sobie z tego nie robił, można nawet napisać, że kompletnie sobie lekceważył zdanie krytyki, mediów, słuchaczy, wprowadzając King Crimson w stan typowej hibernacji.

   Po latach przerwy Król powstał, ”otrzepał” z sześcioletniego kurzu swoje szaty, zarejestrował trylogię „Discipline- Beat- Three Of A Perfect Pair”, wysłuchał łaskawie pochlebstw i zamilkł na kolejnych 10 lat. Ale jeżeli ktoś nie znający dogłębnie kariery Crimsonów myśli, że członkowie kolejnych projektów wygrzewali się w tym czasie na słońcu i odcinali kupony od sławy, ten się grubo myli, gdyż Robert to taka niespokojna dusza, ciągle coś tworzy, eksperymentuje, poprawia, modernizuje, testuje. Oczywiście nie tylko sam Fripp stworzył wielkość King Crimson, gdyż on sam miał wielkie szczęście, że na swojej artystycznej drodze spotykał znakomitych artystów, rockmanów, którzy nie bardzo przejmowali się nowymi modami, trendami, natomiast każdy z nich miał czytelną dla siebie wizję tego, co chciałby osiągnąć, jakimi środkami, jakimi metodami. Wielu powtarzało, a można to znaleźć w książkach poświęconych zespołowi, że najmniej istotnym czynnikiem była mamona, zepchnięta zupełnie na margines działalności. Ważny był cel artystyczny i tak pozostało do dziś. Dlatego, jak przeanalizujemy skład nowego projektu, niezależnie jakby się nazywał, zaobserwujemy same tuzy rocka, facetów, którzy mają się czym pochwalić, choć czynią to niezmiernie rzadko, mając w genach zakodowaną świadomość paradoksalnie jednocześnie artystycznej wielkości i skromności, danej tylko wielkim osobowościom.

   A King Crimson ProjeKct, czyli Jakszyk, Fripp And Collins, to kolejna konfiguracja osobowości sztuki wymieniona jako „sprawcy” całego zamieszania. Gdzieś na drugim planie, niejako w ukryciu pozostali dwaj następni kandydaci do prestiżowych nagród, Tony Levin i Gavin Harrison. Na samo brzmienie tych nazwisk jako gwarantów niebotycznego poziomu cierpnie skóra. I nie zmieni tego fakt, że w wielu punktach swojej twórczości wymienieni Panowie rozmijali się wielokrotnie z oczekiwaniami szerokiej publiczności, „rzeźbiąc” takie nutki, że okazywały się trudne do akceptacji przez ogół słuchaczy. Ale często bywało też tak, że dopiero po latach uwidaczniał się geniusz ich dzieł, zgodnie z motto „King Crimson albo kocha się bez pamięci, albo nienawidzi”. W tej dziedzinie nie istnieją pośrednie wyznaczniki. Kto dosyć pobieżnie zetknął się z kompozycjami różnych Karmazynowych składów, ten powinien wiedzieć, że sztuka to niełatwa w odbiorze, niekiedy przy pierwszym odsłuchu wręcz drażniąca nasze receptory, zmuszająca permanentnie do odkrywania tajemnic, w zamian za włożony wysiłek nagradzająca wspaniale euforycznymi przeżyciami. Takie były utwory King Crimson w przeszłości, takie pozostały na albumie „A Scarcity Of Miracles”, czyli cholernie wymagające także od odbiorcy, bo przecież tym dźwiękowym postaciom potwornie daleko do salonów przebojów, muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej. To nie ten kierunek, by słuchacz potrafił bez problemu rozgryźć niuanse brzmienia, struktury rytmicznej, poukrywane zmyślnie „smaczki”, generowane przez niektóre instrumenty, skonstruowane według pomysłów samych autorów, w czasie pobieżnego, pierwszego przesłuchania. Zdążyłem to uczynić kilkanaście razy i wiem, że nie wszystko odkryłem, że mój pogląd na ten album jest w pewnym sensie niepełny, ale przypuszczam, że jestem jako tako przygotowany, by opisać swoje, bardzo subiektywne wrażenia, nie zapominając o banale, że Włodek K. jest uzależniony od dźwięków tworzonych pod szyldem King Crimson.

   Abstrahując od potężnej radości, którą sprawił mi ten niespełna 44- minutowy album i starając się zachować w ocenie minimum obiektywizmu, muszę od samego początku stwierdzić, że jest to wydawnictwo znakomite pod każdym względem. Co ciekawe, jak na Frippa i kolegów stosunkowo przystępne dla szerszej publiczności, może nie w każdym fragmencie, ale bez wysiłku znaleźć można niesamowicie klimatyczne frazy, które urzekają swoim pięknem i magią. Nietrudno też zauważyć, że istnieje multum dyferencji w konfrontacji omawianej muzyki ze starszymi i ciut młodszymi dźwiękowymi obrazami King Crimson.

   Po pierwsze: Album jest niesamowicie klimatyczny, sferyczne, proporcjonalne tony, bez radykalnych odjazdów tworzą w sumie niesamowity klimat, w którym królują łagodność, spokój, przewaga pastelowych pasaży.
   Po drugie: Wyważona struktura instrumentalna, czyli brak zdecydowanej dominacji jednego instrumentu, symetryczne rozłożenie akcentów na partie poszczególnych muzyków.
   Po trzecie: Rezygnacja z radykalnych „skrętów” i odjazdów rytmicznych, jak to miał w swoim zwyczaju Fripp w latach 70-tych, a także, ale w mniejszym zakresie w późniejszej epoce twórczości KC.
   Po czwarte: Zaskakująca przystępność materiału. Wpływ na taki stan rzeczy mają zarówno dające się wyodrębnić motywy melodyczne, łagodne brzmienie, żadnych skrajności, uporządkowanie tonów, nostalgiczne, senne partie wokalne Jakszyka, które przypominają mi, być może się mylę, styl Tima Bownes z No-Man.
   Po piąte: Nie wiem, czy to ze strony Roberta Frippa pewna forma rekompensaty za prawie 40- letnią nieobecność, ale dużo do „powiedzenia” mają we wszystkich kompozycjach saksofony Mela Collinsa, co chwilami zbliża prezentowany spektakl do „ułatwionego” jazzu. Choć daleki jestem od używania terminu „smooth jazz”, który znalazłem w niektórych tekstach. W „smooth jazzie” ten instrumentalny pierwiastek jazzowy to fundament zwykłych piosenek, rytmicznie nieskomplikowanych, tutaj trudno mówić o piosenkach. Mimo udziału wokalu, który jest raczej traktowany jak kolejny instrument.

   Prawdopodobnie nie wyczerpałem wszystkich możliwości wskazania różnic, ale nie to jest celem nadrzędnym moich opinii. Ale jak już tak daleko zaszedłem w formułowaniu subiektywnych sądów, to wspomnę również, że nie sposób pomylić brzmienia gitary Frippa w perspektywie całej jego kariery z jakimkolwiek innym gitarzystą. Gitarowe figury, grane jak gdyby bez wysiłku, momentami rozmazane, rzadko „podostrzone” mogą być autorstwa tylko jednego człowieka. Tutaj nie znajdziemy krótkich soczystych riffów, bliżej im do tonów generowanych smykiem na strunach gitarowego „wiosła”. Niekiedy słychać dynamicznie narastające akordy, przywołujące wspomnienia z okresu „Lark’s Tongues In Aspic”, ale po kilkunastu sekundach bytności, giną wytłumione ręką mistrza. Nad pracą sekcji rytmicznej pieczę sprawuje zdecydowanie Tony Levin, a Harrison chyba świadomie usunął się w cień, przytłoczony charyzmą bardziej znanego kolegi. Tony i jego nieodłączny Chapman stick wykazuje jak zawsze zapędy improwizatorskie, ale prezentuje je w minimalnym zakresie. Spektakularnymi wartościami albumu są umiejętności Jakszyka, który obok roli wokalnej, w której czuje się super, korzysta także z nowoczesnych instrumentów klawiszowych, które są odpowiedzialne za liczne intrygujące dźwięki, często budują atmosferę, stanowią wysublimowane tło niektórych partii solowych.

   Nadmienić należy jednak, że Jakszyk nie wykorzystuje znaku rozpoznawczego formacji z minionych lat, czyli melotronu. Na koniec pozostawiłem świetny występ Mela Collinsa, do którego należy wiele odcinków ze ścieżek dźwiękowych płyty, wiele z nich „pachnie” improwizacją, brak w nich także pierwiastka agresji, którą można wyczuć w partii instrumentów dętych na przykład w kompozycjach z „Red”, ale trudno rozpatrywać tę uwagę w kategoriach zarzutu. Tony saksofonów, altowego i barytonowego są niezwykle powolne, flegmatyczne, powiedziałbym, że snują się w przestrzeni utworów, budując raczej nastrojowość, a nie będąc ukierunkowane na wirtuozerskie szaleństwa. Całość materiału jest bardzo spójna, jednolita stylistycznie, z symetrycznie rozdzielonymi rolami i być może się mylę, ale większość fanów znających sylwetkę Frippa, dałaby chyba „każde pieniądze”, że to ten właśnie gość będzie królem „muzycznego polowania”. Dlatego zaskoczenie, dodajmy pozytywne jest przynajmniej w moim przypadku dosyć duże, ale takie założenie wyszło albumowi „na zdrowie”.

   Jest w zestawie sześciu utworów jeden, który jednoznacznie odwołuje się do chlubnej historii King Crimson, a jest nim ostatni „The Light Of Day”, któremu dosyć daleko do kakofonii dźwiękowej środkowej, jazzowo- rockowej części „Moonchild” z fonograficznego debiutu „Karmazynowych”, ale założenia poczyniono podobne, gdyż ta najdłuższa kompozycja łączy w sobie free jazz z rockiem, niemożliwym jest wskazanie głównego tematu melodycznego, trudno mówić o rytmie sensu stricte, a muzycy dają ujście swojej pasji do improwizacji. Ten fragment albumu może drażnić niektórych słuchaczy, ale może o to chodziło autorom, by wzbudzić kontrowersje, by nie wszystko szło na tym wspólnym wydawnictwie bezkolizyjnie, przewidywalnie. Jednocześnie „The Light Of Day” to materia trudna, w której główny „grajek”, czyli Robert Fripp obok gitary, uruchomił swoje, nie waham się użyć tego słowa, sławne soundscapes, a odbiorcy zostaną zapewne prowokacyjnie podzieleni, na koalicje „Pro” i „Contra”, gdyż ten 9-minutowy fragment pozostawia sporo miejsca na dywagacje, interpretacje jego wartości, sposobu odbioru. Ale kto wie, może taki właśnie był zamiar twórców? Nie podejmę się zadania wytypowania moich faworytów, ale zaakcentuję tylko, że inaugurujący nagrania, tytułowy „A Scarcity Of Miracles” jest uwodząco śliczny, epatuje nostalgią, zachwyca fantastyczną melodią, a każdy instrumentalista buduje w nim swoją czarowną układankę dźwięków. Można słuchać tych pięknych, delikatnych wizji w nieskończoność, na pewno nikt nie ma prawa się znudzić, a urokiem kompozycja ta nie ustępuje wspaniałościom z kanonu Karmazynowych tonów.

   Nie gorzej sytuacja wygląda w przypadku „The Price We Pay”, który nasączono pewną dozą egzotyki dzięki partii na instrumencie Gu Zheng. Jest to także akt muzyczny zagrany z werwą, „ruchliwy” rytmicznie i dosyć dynamiczny, oczywiście w kategoriach tego konkretnego krążka, z doskonałymi smugami dźwięku klawiszy i frippowskiej gitary. Całe spektrum, niekiedy drobiazgów dźwiękowych, ułożonych w sensowny ciąg. Przy „Secrets” chciałoby się powiedzieć, jaki tytuł, taka wymowa utworu. W powietrzu unosi się aura tajemniczości, zagadkowości, tęsknoty i zadumy, przypadkowo „zapożyczonego” może z pomysłów Davida Sylviana. Świetne występy Gavina Harrisona za zestawem perkusyjnym, oraz Collinsa z krystalicznie czystym brzmieniem saksofonu.

   O „This House” napiszę coś, po czym niektórzy wymownie pukną się w czoło, ale mnie się wydaje, że ten ponad 8 minutowy krajobraz utrzymano w konwencji jazzowej ballady, oczywiście biorąc poprawkę na innowacyjność artystów zrzeszonych po tym szyldem „A King Crimson ProjeKct”. Może takie skojarzenie to efekt mojego słuchania w ostatnim czasie wykonawców z kręgu jazz rocka (Weather Report czy Mahavishnu Orchestra), a może jednak tak bardzo się mylę, przytaczając taką stylistyczną „definicję”. Sam mam wątpliwości, ale nie raz tak bywa. „The Other Man” składa się z dwóch płaszczyzn, od początku snuje się w przestrzeni jak leniwiec, wydając jakieś pogłosy, emitując jakieś mniej lub bardziej wyraziste i „pokręcone” tony, od trzeciej minuty nabiera niespodziewanie rozpędu, „wjeżdżając” na terytorium złożonego rocka z akcentami jazzu. O ostatnim rozdziale tej wyrafinowanej powieści, w której zamiast liter i słów zapisano nuty na pięciolinii napisałem już wyżej.

   Niezmiernie rzadko uciekam od oceny przesłuchanych i przeanalizowanych dogłębnie albumów, ale w tej sytuacji miałbym ochotę scedować ocenę na innych. Z drugiej strony nie chcę zostać potraktowany jak tchórz, który pod osłoną gładkich, wypolerowanych zdań, uchyla się od odpowiedzialności zasugerowania czytelnikom punktu odniesienia. Z pokorą przyjmę informację, że moje odczucia rozmijają się z wyobrażeniami innych słuchaczy, ale proszę przypomnieć sobie moje nastawienie, do twórczości King Crimson, które nieudolnie próbowałem zdefiniować na wstępie. Dlatego wpatrując się w punkty przydzielone w tej klasyfikacji proszę o wyrozumiałość dla kogoś takiego jak ja, który żyje z Karmazynowymi dźwiękami „za pan brat” od kilku dekad i nie zawsze potrafi zachować ostrość spojrzenia. Mimo tej asekuracji, będąc w pełni władz umysłowych twierdzę, że album A King Crimson ProjeKct, albo jak kto woli Jakszyk, Fripp, Collins pt. „A Scarcity Of Miracles” należeć będzie do zjawisk roku kalendarzowego 2011, niezależnie od tego, czy to się komuś podoba, czy też nie.

Włodek K.

Recenzja ukazała się na stronie Metal Mundus w dniu 10.06.2011