Laboratorium – Now (Universal, 2018)

LABORATORIUM – Now (Universal, 2018)

01. Now
02. Nurek
03. Pustynna burza
04. Pink Nostalgy
05. I Am So Glad Punk Is Dead
06. Makijaż
07. Laboratorium
08. Jeziorko G
09. Latin Groove
10. Grzybobranie
11. Anatomy Lesson
12. We Will Be Back

Skład:
Janusz Grzywacz – klawisze
Marek Stryszowski – wokal, saksofon
Krzysztof Ścierański – bas
Marek Raduli – gitara
Grzegorz Grzyb – perkusja
gościnnie:
Bernard Maseli, O.S.T.R., Bogdan Frymorgen, JAROZ

   Gdybym dostał lub kupił tę płytę bez wcześniejszego spotkania z zespołem, nie wiem, czy odważyłbym się w ogóle o niej pisać. Najzwyczajniej w świecie… bałbym się dotykać legendy. Nawet, gdyby mi się płyta podobała, to obawiałbym się, żem nie godzien nawet o niej wspominać…

   Ale na szczęście miałem okazję spotkać się z zespołem, miałem okazję posłuchać jak i o czym mówią, miałem wreszcie okazję zobaczyć, jak reagują na dźwięki, przez siebie stworzone dźwięki. A reagowali jak prawdziwi miłośnicy muzyki, z zaangażowaniem i do tego z malującą im się na twarzach radością. Ci lekko starsi (kalendarzowo) ludzie okazali się (duchowo) małolatami, którzy wciąż, z pełnym oddaniem, całymi swymi organizmami oddają się muzyce. Bez pozy, bez sztuczności, bez strojenia min i ubierania się w piórka. I dzięki temu zdobyłem się na odwagę i mogę napisać o tej płycie.

   Chociaż zdobyłem się na odwagę i to tak ciężko sklecić słowa, bo wisi nade mną wielkość, oryginalność i legenda. A poza tym, jak słowami oddać coś, czego się oddać nie da. Żadne słowo nie zastąpi dźwięku, jak zatem zastąpić taką ilość dźwięków i to jeszcze ułożonych w takie kombinacje? Może jacyś wybitni pisarze, może uduchowieni poeci, potrafiliby dokonać takiej sztuki… Ale ja, maluczki, nie godzien się w ogóle wypowiadać o rzeczach, które mnie przerastają…

   Dawno, dawno temu zakochałem się w płycie, która nosiła tytuł „Modern Pentathlon”. Była to płyta muzyków, którzy nazwali się Laboratorium. Ci młodzi ludzie zrobili rzecz nadzwyczajną, nagrali płytę niezwykłą, z muzyką bardzo delikatną, wyciszoną, wręcz medytacyjną, a jednocześnie tak niezwykła, tak urozmaiconą, tak pełną technicznych kombinacji. Później trafiały do mnie i inne płyty, które za każdym razem wywoływały radość, ale nie wywołały takiego dreszczu, jak ta, która była tą pierwszą. Okazało się, że musiało upłynąć bardzo dużo czasu, by zespół nagrał nowy album i ten album wywołał dokładnie takie same emocje, jak wspomniany „Modern Pentathlon”. A przy tym to zupełnie inny album, z inną muzyką, nagrany też przez trochę innych ludzi, bo przecież sam czas i nabyte w tym czasie doświadczenie musiały wpłynąć na muzyków. Oczywiście nastąpiła też wspomniana już wymiana dwóch muzyków, a to też w znaczący sposób musiało wpłynąć na rozwój poszczególnych kompozycji.

   Pozwolę sobie na może zbyt prostackie stwierdzenie, ale w pełni oddające moje odczucia z nim związane. Ten album nie powinien nazywać się „Now”, a „WOW”, tak, bo takie „łał” wywołuje w takim słuchaczu, jak ja. Tego albumu nie da się słuchać spokojnie (bardzo rozumiem zachowanie muzyków podczas spotkania w U22), nie da się nie ruszać, kiwać, machać głową, odgrywać partii poszczególnych instrumentów. Jest tak mocny, tak potężny, jak nie przymierzając płyty metalowych kapel. I co z tego, że to inna muzyka, jej siła jest dokładnie taka sama. Wiem, bo sam tego doświadczyłem!

   Na album składa się w sumie dwanaście kompozycji, przy czym znajdziemy tu zarówno niewielkie rozmiarowo, ale zawierające świetnie wykonane wokalizy przez Marka Stryszowskiego („Now”, „Jeziorko G”) i kompozycję o przewrotnym tytule „I Am So Glad Punk Is Dead” , która jest kwintesencją wszystkiego, co Laboratorium potrafi, czyli kompilacją wyczuwalnej melodii, zatem i świetnych wokaliz, zmian rytmu (i sola perkusji), nieoczywistych partii klawiszy, gitarowego sola, a wreszcie nieposkromionego basu. Ten jeden numer wystarczyłby, żeby zakochać się w muzyce grupy, a przecież podobnych kompozycji dostajemy jeszcze kilka, a w każdej coś się dzieje, a każda potrafi zaskoczyć, każda zauroczyć.

   „Now” to arcydziełko, to krążek, który spokojnie można postawić obok wszystkich innych płyt z muzyką jazz rockową, to arcydziełko, którego – a tego jestem pewien – nie da się spokojnie słuchać, nawet gdyby to miałoby być dwutysięczne słuchanie. Zawsze wywoła dreszcze, zawsze pobudzi emocje. Nachwaliłem się? Nakręciłem się za bardzo? I dobrze. Inaczej się da!

Ray