Mauro BAFFI – Under Pressure (Dooweet Agency, 2017)

Mauro BAFFI – Under Pressure (Dooweet Agency, 2017)

01. Cosa pensi
02. Inside Of Me
03. Pour toi
04. Under Pressure

Skład:
Mauro Baffi – wokal, gitara
Ladurelle Jérôme – bas
Kieffer Nicolas – perkusja

   Wiele razy już pisałem, że staram się na zmianę recenzować płyty, które do mnie „przychodzą”, wypada zatem ich posłuchać i coś napisać, ale nie zapominam też o albumach, które lubię, więc mam silną potrzebę, by podzielić się swoimi wrażeniami. Są wreszcie płyty, które od czasu do czasu zgrywam z dostępnych mi platform, a które czekają aż do nich wcześniej czy później (zwykle później) trafię. Taką właśnie płytą jest mini album gitarzysty/ wokalisty Mauro BAFFIEGO.

   Kiedy już posłuchałem tego krótkiego, bo zaledwie czteroutworowego krążka chciałem czegoś więcej dowiedzieć się o jego sprawcy. I okazało się, że wcale to nie jest takie proste. Z profilu FB można się zaledwie dowiedzieć, że Mauro BAFFI ma włosko-francuskie pochodzenie i mieszka we francuskim Metz, że zaczynał swoją przygodę od… akordeonu i współpracował z kilkoma zjawiskami muzycznymi, jak Melting Potes, Zola, Adel, Yan Vagh, Luis Manresa, Don’t Act. Ostatecznie w 2013 roku, dogadał się z dwójką muzyków: Kiefferem Nicolasem grającym na perkusji i Ladurellem Jérômem obsługującym bas i rozpoczął działalność pod swoim nazwiskiem. Nie wymieniono żadnych albumów, więc można domniemywać, ze wydana w lipcu 2017 roku EPka jest debiutem całego trio.

   Zwracam uwagę na pochodzenie artysty, albowiem płyta to na swój sposób szczególna. Gitarzysta nie tylko pokazuje, że instrument nie jest mu obcy i potrafi z niego wydobyć dźwięki wręcz ocierające się o hard rock, przez ciekawe prawie prog rockowe, by nie powiedzieć jazzowe zagrywki na pop rockowych patentach kończąc. Ale to nie jedyna ciekawostka. Druga jest taka, że właściwie każdy utwór jest inny, albowiem jest śpiewany w innym języku. I mówcie, co chcecie, ale język zdecydowanie wpływa na rodzaj tworzonej i wykonywanej muzyki. Oczywiście można powiedzieć, że artysta wykorzystał pewne klisze i zwyczajnie nagrał kawałki, które… nagrywa się w danym języku, które wypływają z charakteru danego narodu. Można tak sądzić, ale lepiej jest sądzić tak, że stworzył kawałki, które w nim siedziały i które z niego wypływały w związku z jego mieszanką narodowościową. A dołożył do tego utwór trochę inny, by pokazać, że tak też potrafi.

   Moja dotychczasowa pisanina może się wydawać lekko zagmatwana, zatem śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż pierwszy numer, zatytułowany „Cosa pensi”, to kawałek zaśpiewany po włosku, który z racji języka, melodii, stylu jednoznacznie kojarzy się z dokonaniami pop rockowych artystów z tego kraju. Z racji dość ostrej (momentami) gitary przywodzi na myśl kawałki samego słynnego Erosa. Ale już w drugim numerze dostajemy to coś, o czym wspomniałem pod koniec poprzedniego akapitu. To „klasyczny”, topowy, współczesny numer pop rockowy, jakich setki powstają w dzisiejszych czasach. Śpiewany oczywiście po angielsku. Czy się czymś szczególnym różni od tego ogromu kawałków brylujących w rozgłośniach radiowych. Nie. Jest taki sam, gdyby Mauro miał więcej wsparcia medialnego, spokojnie mógłby grać z innymi. A z racji sporych umiejętności w grze na gitarze, pewnie miałby szansę zajść jeszcze dalej. I wreszcie dla ostatnie numery. Te zostały zaśpiewane po francusku. Zresztą muzycznie też są do bólu francuskie. Jeśli lubicie szansonistów z tego kraju, to pierwszy spodoba wam się na sto procent, natomiast drugiego, bardziej rockowego warto posłuchać nie tylko dla melodii, ale dla tego, co Mauro robi na gitarze.

   Płyta nie rzuca na kolana, nie podbije świata, nie trafi (niestety) do rozgłośni, ale naprawdę sprawia dużo przyjemności. Powiem więcej, żałuję, że jest taka krótka, bo chciałoby się spędzić przy muzyce francusko-włoskiego artysty zdecydowanie więcej czasu. Ponieważ minął już rok od wydania tego krążka, mam nadzieję, że wkrótce Mauro Baffi uraczy nas czymś nowym.

Ray

foto promocyjne: Benjamin SONG