Sasha STRUNIN – Autoportrety (Soliton, 2019)

01. A jak wrócę
02. Przechyły
03. Noce nieoddzielenia
04. Sztuki piękne mojego pokoju
05. Jedno rano
06. Sen
07. O obrotach rzeczy
08. Któregoś marca
09. Autoportrety

Skład:
Sasha Strunin – wokal
Gary Guthman – flugelhorn
Filip Wojciechowski – klawisze
Paweł Pańta – bas, kontrabas
Cezary Konrad – perkusja

   Czekałem na tę płytę od czasu, gdy pojawiła się w sieci pierwsza informacja o jej tworzeniu. Po albumie „Woman In Black”, który zapoczątkował współpracę Sashy Strunin z Garym Guthmanem, a który stał się jednym z moich ulubionych albumów, po którego sięgam do niego bardzo często, wiedziałem, że kolejny album będzie równie dobry. I jest bardzo dobry. Przy czym to już album dla węższego grona odbiorców (oczywiście chciałbym, aby to grono było bardzo szerokie), bowiem zawiera zdecydowanie trudniejszą w odbiorze muzykę, i zdecydowanie trudniejsze w odbiorze teksty. Ae za to jak podane!

   Zacznę od tekstów, a właściwie nie-tekstów. Bo nie są to teksty pisane do utworów muzycznych, lecz wiersze. I to wiersze o bardzo specyficznym rytmie, wiersze oryginalne pod względem formy i treści. Ale cóż się dziwić, skoro ich twórcą jest Miron Białoszewski. Poeta tyleż wybitny, co wciąż niezrozumiały, poeta wyjątkowy, oryginalny, ponadczasowy, którego twórczość jest na szczęście wciąż odkrywana przez kolejne pokolenia. Sasha też zaraziła się tą specyficzna poezją, więc – jak wspomniała podczas koncertu promocyjnego – chciała podzielić się tą fascynacją z innymi. Znakomity to był pomysł, a mnie wypada się tylko cieszyć, że nie skończył się w fazie projektowej, ale udało się go zrealizować do końca.

   Trudna poezja Mirona musiała uzyskać specyficzną formę muzyczną. A któż to mógł lepiej zrobić niż Gary Guthman, który jest prawdziwym mistrzem w swoim fachu. Ma niespotykaną umiejętność tworzenia ciekawych tematów muzycznych, niebanalnych, wychodzących poza schemat aranżacji. Stworzył zatem muzykę tyleż skomplikowaną technicznie, co intrygującą, momentami ostrą, momentami liryczną, za każdym razem znakomitą. Przy czym, jak wspomniałem już wyżej, jest to muzyka skierowana raczej do słuchaczy już „wyrobionych”, słuchaczy, którzy są w stanie, a przede wszystkim chcą posłuchać muzyki może i trochę trochę trudniejszej, skomplikowanej, mniej melodyjnej, ale obfitującej w niezmierzone pokłady ciekawych rozwiązań aranżacyjnych. To kompozycje, które potrafią zachwycić spójnością, ale też pozwalają na ukazanie inwencji twórczych poszczególnych muzyków. Słuchać to wspaniale na płycie, jeszcze lepiej da się wychwycić na koncertach, które wszak kierują się własnymi prawami.

   Niezwykle istotnym elementem, na który należy zwrócić uwagę, to umiejętne oddanie rytmu wierszy Białoszewskiego. Ich niejednolitość, pewna alinearność musiała znaleźć odbicie w kompozycjach. I udało się to zrobić w sposób doskonały. Wiersze wymusiły powstanie określonej muzyki, a teraz muzyka znakomicie dopełniła te wiersze.

   W celu nagrania tak trudnej muzyki należało zebrać wyjątkowych ludzi. I tu ponownie się udało, bowiem w nagraniach krążka wzięli muzycy, którzy “maczali palce” w nagraniu poprzedniego albumu, a zatem najlepsi z najlepszych, których dokonania znane są zapewne każdemu miłośnikowi dobrej muzyki.

   Nadeszła pora, by parę słów poświęcić Sashy. Nie będę w tym miejscu tworzył peanów, bo zrobiłem to już przy wcześniejszej płycie. Natomiast napisać muszę, że tym razem nie podziwiam wokalistki tylko za umiejętność śpiewania, bo to już udowodniła. Podziwiam za wielką odwagę, bo zmierzyć się z trudną frazą Białoszewskiego, przedstawić ją publiczności, zwłaszcza, że ciężko będzie uniknąć porównań z wcześniejszymi wykonaniami jego wierszy, zarówno w wersji autorskiej (słynna piosenka o Placu Zbawiciela…), ale przede wszystkim z “Karuzelą z Madonnami” i niezwykłą muzyką Zygmunta Koniecznego i interpretacją Ewy Demarczyk.

   A Sasha się odważyła, dzięki temu dostaliśmy coś nowego, coś niesamowitego, coś niepowtarzalnego. Według mnie, połączenie muzyki Gary’ego Guthmana i wierszy Mirona Białoszewskiego w interpretacji Saszy powinno trafić nie tylko do domów smakoszy muzyki i poezji, ale powinno stać się lekturą obowiązkową w szkołach. I koniecznie trzeba posłuchać tej muzyki na żywo. Kiedy słucha się tych piosenek – songów z płyty, człowiek odnosi wrażenie, że tego nie da się powtórzyć, nie da się zagrać, a już na pewno nie da się zaśpiewać na żywo. A tymczasem okazuje, że nie tylko się da, ale można to zrobić tak, że taki koncert zapamiętuje się do końca życia.

   Niniejszym składam swój głęboki pokłon w podziękowaniu za to prawdziwe arcydzieło.

Ray