VAURA – Sables (Profound Lore Records, 2019)

01. Espionage (04:11)
02. Zwischen (05:42)
03. The Lightless Ones (05:17)
04. The Ruins (Hymne) (05:18)
05. No Guardians (05:10)
06. Eidolon (06:13)
07. Basilisk (The Infinite Corpse) (05:27)
08. Sables (05:46)

Skład:
Josh Strawn – wokal, gitara
Kevin Hufnagel – gitara
Toby Driver – bas
Charlie Schmid – perkusja, elektronika

   Ten tak zwany „post rock” to takie dziwne coś, do którego wrzuca się zespoły grające bardzo różną muzykę, a łączy je właściwie tylko jedno – specyficzna atmosfera granej przez nich muzyki. Atmosfera tajemniczości. Tak przynajmniej ja odbieram muzykę zespołów określanych wspomnianym mianem.

   Taki gatunek uprawia też amerykański zespół VAURA. Jego muzyka dokładnie wpisuje się w ten trend, bowiem najważniejsza w niej jest owa specyficzna aura. To muzyka, której najlepiej słuchać wieczorem lub nocą, bo wtedy odbiera się zdecydowanie inaczej, mocniej i głębiej, bo wtedy łatwiej zamknąć oczy i pobudzić wodze fantazji.

   Wspomniałem też, że chociaż wiele zespołów wykonuje bardzo zbliżoną muzykę, czasami wręcz trudno odróżnić jeden od drugiego, to jednak są kapele, które próbują zrobić coś po swojemu. I Vaura też próbuje to robić i nawet im się to udaje. Owa inność polega m.in. na bardzo oryginalnych aranżacjach utworów, na niezwykle specyficznym wykorzystaniu poszczególnych instrumentów (głównie gitary i basu), które wyczyniają bardzo dziwne rzeczy, wydając (gitara) równie dziwne dźwięki. Ociera się to o rodzaj jakiegoś alternatywnego grania, ale z tej racji, że podawane jest w kontrolowanych dawkach, fajnie się komponuje z resztą instrumentów, tworząc ciekawą, oryginalną całość. Według mnie, owe ciekawe partie basu, intrygująca perkusja oraz powalające zagrywki i mini solówki gitary stanowią największą wartość tego zespołu i są owym wyróżnikiem pośród innych kapel.

   Zastanawiałem się, czy dzielić się jeszcze jednym spostrzeżeniem, bo może wydać się trochę dziwne. Ale ostatecznie, dlaczego nie miałbym tego napisać… Otóż odnoszę wrażenie, że zespół próbuje przełożyć na język gitar i perkusji coś, co chciałoby być zagrane na instrumentach klawiszowych. Jak by muzycy próbowali zastąpić elektronikę innymi instrumentami, jednocześnie tęskniąc za ową elektroniką. Owszem, wykorzystują klawisze, ale delikatnie, raczej do tworzenia tła, niż jako element wybijający się ponad inne. Mało tego, napiszę nawet, że kilka kawałków wręcz prosi się o wzbogacenie ich elektronicznymi dźwiękami. Tak jest np. w otwierającym album „Espionage”, w niezwykle spokojnym, delikatnym The Ruins (Hymne), w ciężkawym No Guardians (czy tylko ja tu słyszę jakieś dalekie echa Depeche Mode…). Właściwie tylko w jednym numerze tej elektroniki jest więcej i wcale nie jest to zły kawałek (Basilisk (The Infinite Corpse).

   Tęsknota tęsknotą, ale to, co wyszło warte jest poznania. Ta specyficzne aranżacje, te oryginalne zagrywki, a nawet ten brak elektroniki mają swój niepowtarzalny urok. Fajna to płyta, której należy jednak słuchać w odpowiednich warunkach i na odpowiednim sprzęcie (ewentualnie na słuchawkach).

   Zapomniałem dodać, że tym razem mogę wskazać numer, który mi się podoba najbardziej. To „Eidolon”, delikatny, przestrzenny, kolorowy z fajną plumkającą gitarą na tle klawiszowego tła. Taki kawałek milusi, w sam raz do podusi…

   I na koniec ostatnia uwaga. Nie rozumiem, dlaczego zespoły określane mianem „post rockowych” łączy się z metalem. Owszem bywają takie, w których metalowe elementy można wyłapać, ale na pewno nie ma ani jednego takiego elementu w muzyce Vaura, przynajmniej nie na tej płycie.

Ray