Ciemności – reż. Monika Strzępka

   Pierwszy dzień lutego tego roku na trwałe zapisze się w moim życiu z dwóch istotnych powodów. Powód pierwszy to moja pierwsza wizyta w warszawskim Teatrze IMKA. Oczywiście nieobecność na wcześniejszych spektaklach granych w tym teatrze nie wynikała z jakiegoś bojkotu, tylko z trudności z zakupem biletów. Bo biletów jest mało, chętnych dużo. A i ceny niestety nie na moją kieszeń.

   Powód drugi to oczywiście twórcy sztuki. Od tak wielu już lat słyszałem o działalności słynnego polskiego duetu, ale z powodów, które już wymieniłem wyżej, nie miałem okazji uczestniczyć dotychczas w żadnych z ich przedstawień. Pozostało mi tylko czytanie o nich. A ponieważ czytałem o wielu przedstawieniach, wyrobiłem sobie pewne wyobrażenie, jak ich sztuki mogą wyglądać. Ale też bardzo chciałem skonfrontować to wyobrażenie z rzeczywistością. I muszę przyznać, że nie… byłem zaskoczony, bo otrzymałem dokładnie to, czego się spodziewałem. Nie świadczy to oczywiście tylko o mojej wyobraźni, ale o dobrych recenzjach, które miałem okazję wcześniej czytać.

   Trzecim, równie ważnym powodem, dla które bardzo mi zależało na obecności na tym waśnie przedstawieniu był fakt, że zostało ono oparte na powieści, którą bardzo sobie cenię, czyli na „Jądrze ciemości” Josepha Conrada. Jak dobrze wiadomo, powieść tę można interpretować na bardzo wiele sposobów, intrygowało mnie zatem, co z niej wybierze autor sztuki, które problemy pominie, które uwydatni? Znając wcześniejsze sztuki pana Demirskiego można się było spodziewać, na czym skupi uwagę. I rzeczywiście raz jeszcze trafiłem. Bo autor sztuki skupił się głównie na problematyce społeczno – polityczno – historycznej. Wykorzystując elementy fabuły i opisu zdarzeń zaczerpnięte z XIX wieku odniósł się do problemu jak najbardziej współczesnego, do problemu, który właściwie wciąż nie znika sprzed naszych oczu, chociaż bardzo chętnie byśmy się go pozbyli.

   To problem innego, obcego. Innego, a zatem nie naszego. A jak nie naszego, to gorszego. Bo tylko my jesteśmy lepsi. Bo tylko my mamy rację, my wiemy lepiej. Cała reszta nie ma dla nas żadnego znaczenia. Ostatecznie niech sobie żyje gdzieś daleko od nas. Jeśli zaś na nich trafimy lub oni trafią na nas… winniśmy ich wykorzystać do naszych celów. Możemy ich rękami „wykonywać” czynności, których nie chcielibyśmy wykonywać sami, możemy podkręcać swoje ego wyśmiewając się z nich, uważając za coś zdecydowanie pośledniejszego. A tym gorszym i pośledniejszym wcale nie jest tylko dziki murzyn. Jest nim każdy. Każdy spoza naszego państwa, naszego kręgu, naszej klasy. Gorszy jest wyznawca innej religii i członek innej rasy, gorszy jest ten, kto pracuje fizycznie i/ lub umysłowo, gorszy jest ten, kto zarabia mniej lub ten kto się dorobił na cudzym. Gorszy jest młody lub stary, mężczyzna, a jeszcze częściej kobieta.

   Autor sztuki przenosi nas w XIX wiek. Wiek wielkiego rozwoju możliwości człowieka, związanego z rozwojem przemysłu. Ale poza dobrymi elementami owego rozwoju pojawiają się też te, które świadczyły i świadczą dobitnie o tym, że rozwój w różnych dziedzinach wcale nie oznacza, że zmienia się sam człowiek, że pewne archetypy niezmiennie istnieją, że przechodzą bez żadnych przeszkód z pokolenia na pokolenie. Paweł Demirski udowadnia to twierdzenie przeplatając dziewiętnastowieczną historię historią jak najbardziej współczesną, zaczerpniętą z korporacyjnych zachowań. A i my sami włączeni zostajemy w tę historię, albowiem nagle okazuje się, że uczestniczymy w tak zwanym reality show, przyglądamy się jakimś głupkowatym zachowaniom bohaterów owego „przedstawienia”, zmuszani do głupiego rechotu przez śmiech z offu.

   Jak wspomniałem, nie widziałem wcześniejszych sztuk duetu Demirski – Strzępka, ale jeśli robione są w ten sam sposób, rozumiem już, dlaczego tak poruszają. Bo Paweł Demirski lubi czasem przegiąć, podać pewne rzeczy zbyt prosto, ostro i za dosłownie, to jednak całościowo, ta forma i ten tekst nie tylko się bronią, ale docierają tam, gdzie dotrzeć powinny. A każdy z nas, którzy zasiadamy w teatralnym fotelu jest inny i dlatego do każdego sedno sztuki trzeba przekazać w różny sposób i zapewne w różny sposób do niego dotrze. I o to właśnie chodzi. By dotrzeć, poruszyć, zmusić do ruszenia głową, do zastanowienia się nad kondycją zarówno świata, jak i własną. Na postawienie sobie przed oczami pewnych problemów, od których jakże często próbujemy uciec lub rozwiązujemy je z pozycji „my to byśmy to wszystko zrobili tak i tak, czyli… lepiej”. A to przecież nieprawda. Bo – co też pokazano w sztuce – z perspektywy fotela i telewizora wszystko wydaje się łatwe do rozwiązania, wszystko da się zrealizować. Gorzej, jak trzeba z tego fotela wstać i podjąć jakąś decyzję, spotkać się bezpośrednio z biedą, chorobą, wojną, czy innym nieszczęściem.

   Nie umiem porównać tej inscenizacji z innymi, nie wiem, na ile pani Monika decyduje o poszczególnych rolach, na ile pozwala aktorom samodzielnie działać, poddawać się intuicji. W wypadku tego spektaklu mamy solidna mieszankę, trochę tradycji, trochę wręcz performansu. Trochę sztuki poważnej, trochę interaktywnego kabaretu. Trochę teatralnej sztuczności, a trochę bezgranicznego luzu. Ale to wszystko się w jakiś tajemniczy sposób zgrywa ze sobą. I – jak już napisałem wyżej – dociera. Dociera do głębi.

Ray 

Autor: Paweł Demirski
Przekład: –
Reżyseria: Monika Strzępka
Scenografia/ kostiumy: Arek Ślesiński
Obsada: Magda Grąziowska, Joanna Kasperek, Anna Kłos-Kleszczewska, Andrzej Konopka, Jacek Mąka, Tomasz Schimscheiner

Premiera: 03.02.2018