Fedra – reż. Laco Adamik

   Im jestem starszy, tym z większym przekonaniem uważam, że stare teksty w większości przypadków się nie starzeją, że „starsze sposoby” ich przestawianie (na przykład na scenie) również nie. Można mi zarzucić, że taka postawa jest po części oczywista, podoba mi się to, co podobało mi się kiedyś, większym sentymentem darzę to, co kojarzy mi się z lepszymi (młodszymi) latami. Pewnie jest w tym sporo prawdy. Pewnie nie jestem do końca obiektywny, bo na nowsze rzeczy patrzę właśnie przez skrzywienie, przez nostalgię, przez określone (a kto powiedział, że właściwe?!) doświadczenia. Ale im częściej mam możliwość oglądania starszych spektakli, tym bardziej mi się podobają, im więcej widzę w nich niedociągnięć, im bardziej mnie denerwują, bo źle się je ogląda, bo obraz się rozmazuje, że gorzej słyszę, bo dźwięk nagrany został wcale nie za dobrze, to i tak nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Bo liczy się efekt końcowy, liczy się gra aktorska, liczy się scenografia, liczy się koncepcja reżysera. I wcale nie oznacza to, że nowe spektakle mi się nie podobają, bo byłaby to nieprawda, Podobają mi się, ale te starsze (bo wcale nie takie znów stare), mają w sobie niesamowitą, niepowtarzalną moc.

   Skończyłem właśnie oglądać spektakl „Fedra” na podstawie dramatu Jane’a Racine’a z 1677 roku. A więc rzecz starutką, opowiadającą historię jeszcze starszą, bo starożytną. I nagraną w latach 80. XX wieku. Stary spektakl na podstawie starszego dramatu nawiązującego do bardzo starej historii. Klasyczna sztuka o klasycznej dobie, podana w klasyczny sposób. Czyż może być coś gorszego dla miłośników nowego, żywego teatru? Pewnie może, ale i to też trudno nazwać inaczej niż niedającą się oglądać ramotą. I dobrze, nie tak sądzą. Każdy ma prawo do swojej opinii, a mnie się podoba…

   Podoba mi się wszystko, od samej treści po realizację. Podoba mi się pod względem estetycznym, dramaturgicznym i każdym innym. Podoba się, ale przede wszystkim porusza. Powoduje, że przestaję myśleć o wszystkim innym, że przeżywam nawet teraz, gdy piszę, że nie chce wyjść z głowy, usunąć się sprzed oczu. Taka staroć, taka ramota wali w twarz mocniej niż najbardziej powydziwiane i buńczuczne współczesne (anty)sztuki. Tutaj jest wszystko ułożone zgodnie z zasadami dramatu i zasadami przestawiania go na scenie. Tutaj obraz skupia się na pokazaniu specyficznej, wyrwanej z rzeczywistości, a jednocześnie bardzo rzeczywistej przestrzeni, na prostych ubiorach i twarzach. Na zbliżeniach twarzy, na tym czymś, w czym reżyser spektaklu, Laco Adamik był bardzo dobry. Skupił się bowiem na tym, co nie zawsze dostrzeżemy na scenie. Na twarzach aktorów, na zbliżeniach, na pokazaniu grymasów, na uzewnętrznieniu na twarzy bólu i złości, żalu i miłości. I mnie to wystarcza, mnie to przekonuje.

   Oczywiście wielka w tym zasługa samych tych twarzy. Bo dobór aktorów okazał się znakomity. Tytułowa Fedora, zakochana nieszczęśliwie, trwająca w związku, z którego nie czerpie miłości, a której tak potrzebuje, zauroczona młodością, pięknem, zdolnościami swojego pasierba zakochuje się w nim bezgranicznie. Chociaż wie, że nie powinna, poddaje się uczuciu, nie potrafi się go pozbyć, dlatego chcąc bronić się przed nim, nie chcąc burzyć istniejącego porządku, robi wszystko, by usunąć pasierba sprzed swoich oczu. To oczywiście budzi jego gniew. Ale skąd ma wiedzieć, że to nie chęć pozbycia się go jako potencjalnego rywala do sukcesji tronu, ale prawdziwa miłość powoduje określone zachowania Fedry. Grająca tytułową rolę pani Teresa Budzisz-Krzyżanowska wiele razy udowadniała, jak znakomitą jest aktorką. I tym razem zrobiła to raz jeszcze. Chociaż mogłem się tego spodziewać, to jednak był zaskoczony, jakże piękną okazała się kobietą i jakże pięknie oddała ową nieszczęśliwą miłość, jak cudownie i wzruszająco ukazała cierpienia osoby, która musi łączyć zwyczajne ludzkie uczucia z wypełnianiem określonych zadań. Jak nie może osiągnąć tego, na czym jej tak naprawdę zależy. Nawet jeśli pod wpływem przeżyć popada w rodzaj szaleństwa, pojawią się w niej znane nam dobrze „niskie instynkty”, to ostatecznie się im nie poddaje, ostatecznie – zgodnie ze starożytną konwencją – wybiera śmierć, niż dalsze czynienie zła, do którego nie do końca świadomie, raczej za podszeptami swojej opiekunki Enony i tak już się przyczyniła. Pani Teresa zwykła grywać poważne persony, bardzo często wręcz męskie, zdecydowane, przynajmniej ja tak ją sobie kojarzę. A tym razem spotkałem niezwykle intrygującą kobietę, piękną i prawdziwą, zdecydowaną, a jednocześnie targaną wewnętrznymi problemami.

   W roli męża Fedry – króla Tezeusza, tego wielkiego herosa, który „potworom się nie kłaniał”, i z bogami wchodził w układy, wystąpił Franciszek Pieczka. To z jego powodu wyemitowano ten spektakl, bo trwa wszak miesiąc, w którym prezentowane są spektakle z udziałem obecnego, dziewięćdziesięcioletniego jubilata. To trzecia prezentowana w TVP Kultura sztuka z jego udziałem. I z rolą znów inną od tych wcześniejszych, a jednocześnie bardzo podobną. Bo pan Franciszek grywał role szczególne, role, w których trudno wyobrazić sobie kogoś innego. Pan Pieczka to Tezeusz niezwykle spokojny, opanowany, wręcz grzeczny. Ale też zdecydowany, nieuległy, nie dający się przekonać, a zatem i nieszczęśliwy. To człowiek, który chciałby, żeby wszystko wokół wyglądało po jego myśli, by wszystko się układało, by rodzina współżyła ze sobą, a któremu oczywiście musiała się przydarzyć tragedia…

   Nie zabrakło również znakomitych aktorów w innych rolach. W Hipolita, syna Tezeusza, pasierba Fedry wcielił się Bogusław Linda, młody jeszcze aktor, znakomicie oddający piękno młodego człowieka, jego buńczuczność, mizoginię, która właśnie ulega załamaniu z powodu Arycji. I tu czekała widzów niespodzianka, bo w tej roli wystąpiła jakże ładna, grzeczna i niewinna Katarzyna Figura, wtedy jeszcze studentka. Znakomicie ukazała uczucie miłości, siłę woli. Największą intrygantką, opiekunką Fedry, dbającą o jej pozycję, była oczywiście Enona. W tę rolę – jak zawsze w wyjątkowo przekonujący sposób – wcieliła się Ryszarda Hanin.

Znakomite przedstawienie, które przypomina, że nasze drobne problemy to tylko drobne problemy, tragedia to zupełnie coś innego…

Ray

Autor: Jean Racine
Przekład: Artur Międzyrzecki
Reżyseria: Laco Adamik
Scenografia: Barbara Kędzierska
Obsada: Teresa Budzisz-Krzyżanowska (Fedra), Bogusław Linda (Hipolit), Franciszek Pieczka (Tezeusz), Ryszarda Hanin (Enona), Katarzyna Figura (Arycja), Marian Opania (Teramenes), Barbara Bursztynowicz (Panope), Anna Chitro (Ismena)

Premiera: 1985