Made In Poland, reż. Przemysław Wojcieszek

   O tej sztuce było głośno. Ponieważ charakteryzuję się raczej sceptycznym podejściem do zbyt głośnych rzeczy, a do tego groszem raczej nie śmierdzę, zatem nie miałem okazji zobaczyć tego spektaklu na żywo. Ponieważ uznano jednak, że wart jest pokazania szerszej publiczności, przygotowana została specjalna telewizyjna jego wersja, a TVP Kultura (jeden z nielicznych kanałów telewizyjnych, które zdarza mi się oglądać, zatem zapewne wkrótce zostanie zlikwidowany…) umieściła go w swojej ramówce. I w ten oto sposób we wtorek 13 stycznia 2015, jedyne dziesięć lat od premiery (odbyła się w 2004 roku) miałem okazję zobaczyć spektakl „Made In Poland” Przemysława Wojcieszka.

   Najpierw przeraził mnie główny bohater, potem sposób, w jaki mówił, albowiem nic nie rozumiałem, widziałem osiłka, który coś krzyczał i bełkotał. Czyli wyrażał się dokładnie tak, jak mówi połowa tak zwanej ulicy. Często – zupełnie przypadkiem, na przykład w autobusie – zdarza mi się być świadkiem rozmów młodych ludzi i przyznaję bez bicia, najczęściej nic nie rozumiem z ich rozmowy. Nie rozumiem nie tylko słów, nie rozumiem całych zdań, słyszę tylko jakiś dziwny bełkot. I w tym przypadku było dokładnie tak samo. Młodzian, ubrany w strój prawdziwego Polaka, i z wytatuowanym na czole hasłem „Fuck Off” robi rozróbę, wrzeszczy i rozbija samochody, bo… jest wkurwiony (staram się nie używać słów „ogólnie uważanych za obraźliwe”, ale w tym wypadku to nie jest tylko cytat, to wręcz konieczność). Jest bardzo, ale to bardzo wkurwiony. Chce dokonać poważnej rewolucji, zniszczyć wszystko, cały ten zasrany świat. I tylko jest mały, drobniusieńki problem. Nie bardzo wie, co chce zmienić, nie bardzo wie, co ma jeszcze zniszczyć (wszystko, czyli co?), poza tym jest sam. A cóż można zrobić samemu?! Ile można niszczyć, wszak w końcu człowiek się zmęczy, a świat się raczej nie zmieni. No, może nie tak do końca. Świat Bogusia jednak troszkę się zmienił. Albowiem rozwalił samochód, o którego naprawę upomnieli się panowie windykatorzy (plus jedna pani, księgowa aspirująca do bycia prawdziwą windykatorką). Boguś dostał zatem krótki czas na skołowanie odpowiedniej ilości gotówki, bo inaczej będzie musiał pożegnać się z życiem. A wtedy cały ten bunt na nic…

   Nie chciałbym opowiadać całej treści, bo tak ostry, przekonujący, żywiołowy spektakl trzeba po prostu zobaczyć. Najważniejsze, by nie dać się zniesmaczyć pierwszym scenom, nie wyłączyć telewizora (jeśli jeszcze kiedyś będzie powtarzany, bo w legnickim teatrze już nie jest grany), tylko dać się ponieść wspaniałej grze Eryka Lubosa. Bo z każdą chwilą robi się mocniej, robi się goręcej. Bo z każdą nową sceną, z każdą nową postacią, z każdym nowym charakterem coraz głębiej wchodzimy w świat, który przecież bardzo dobrze znamy. Żyjemy w nim, mamy go na co dzień, obok siebie, czasem pod podłogą, czasem nad głową. Mamy w domu, pracy i autobusie. W gazecie, radiu, telewizorze, internecie. Mamy go wszędzie, również tam, gdzie często mamy wszystko inne…

   Mamy go i znamy go, ale często nie uświadamiamy go sobie. Patrzymy, a nie widzimy, wyczuwamy, ale nie czujemy, słyszymy, ale puszczamy mimo uszu. A to jest świat prawdziwej biedy, prawdziwych ludzi walczących ciężką pracą o przetrwanie i świat pieniędzy trwonionych przez rzesze za nic nieodpowiadających szefów, menedżerów, kierowników i urzędników. Świat kłamstwa, krętactw, oszustw, świństw wszelakiego autoramentu, świat złodziei i bandytów, działający wbrew i zgodnie z prawem. Świat „idei”, świat ideowców, bardziej i jeszcze bardziej ideowych od innych, tych mniej ideowych, tych wypaczonych, tych odchodzących od wyznaczonej linii, tych byłych i obecnych karłów reakcji. Świat tych świętoszkowatych i tych butnie obnoszących się swą niewiarą we wszystko i wszystkich. Świat wszechogarniającego fałszu, obłudy, plastiku, świat niszczący wszystko to, co miało charakteryzować i wyróżniać człowieka od świata zwierząt.

   Wszystko w tym spektaklu jest przerysowane, ale nie przekracza granicy, w której przestałoby odzwierciedlać tę straszną, koszmarną naszą codzienność. Jest zbiorem prawie wszystkiego, czym żyjemy, wokół czego żyjemy. Pokazuje w ostry sposób nas samych. Każdego z nas. Przyjrzyjmy się dobrze, a jestem pewien, że znajdziemy swój obraz w którejś z postaci (może kilku postaciach). Wiem, nie będzie to łatwe, dużo prościej i szybciej znajdziemy w tych postaciach naszych znajomych, sąsiadów, współmieszkańców miasta, przedstawicieli naszego narodu. A siebie? Pewnie z trudem. Ale warto podjąć to wyzwanie. Warto zmusić się do dokonania prawdziwego rachunku sumienia z naszego postępowania, naszych prawdziwych poglądów, naszej prawdziwej wiary.

   Jestem pełen podziwu dla aktorów, którzy fantastycznie oddali podstawowe, stereotypowe cechy granych przez siebie postaci. Najmocniej ujął mnie Janusz Chabior, grający Wiktora. To trochę bardziej posunięta w latach, zwątpieniu, zmęczeniu i alkoholizmie postać innej tragicznej postaci, czyli Adasia Miauczyńskiego. Zapity były nauczyciel, walczący ateista i miłośnik przepięknej poezji Broniewskiego. Człowiek, który kiedyś też w coś wierzył, też chciał budować, tak ustrój, jak i ludzi, ucząc ich miłości i szacunku do piękna, ucząc ich tych wszystkich ważnych dla rozwoju każdego człowieka idei i wartości (intrygująco przedstawiony wiersz „Dwugłos”).

   Zniesmaczył mnie i poruszył głęboko ten spektakl. Zdenerwował i wystraszył. I chociaż kończy się w miarę optymistycznie, wiarą w człowieka, to jednak wbił mocno uwierającą drzazgę, z którą trzeba będzie dalej żyć. Bo usunięcie jej nie będzie łatwe. I bardzo dobrze, niech tkwi, niech przypomina, niech zmusza do ciągłej obserwacji siebie. Bo chcąc zmienić cokolwiek, trzeba zacząć od siebie.

   A tak w ogóle, to… „Fuck off”.

Ray

METRYCZKA
tekst: Przemysław Wojcieszek
reżyseria: Przemysław Wojcieszek
scenografia: Małgorzata Bulanda
muzyka: Bartek Straburzyński
obsada: Eryk Lubos, Janusz Chabior, Anita Poddebniak
premiera: 21.11.2004
Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy/ TVP Kultura (13.01.2015)

zdjęcie ze strony Teatru TV

Recenzja ukazała się na stronie Agencji Metal Mundus w dniu 22.01.2015 r.