Spotkanie z ojcem Zioło

   Już dawno nie byłem na spotkaniu, organizowanym przez EMPIK w warszawskim Juniorze. Ale kiedy dotarła do mnie informacja, że prowadzącą ma być Anna Król z Big Booka, a gościem jedyny polski trapista ojciec Michał Zioło, musiałem odwiedzić ten salon.

   Pewne ciągoty ku życiu monastycznemu miałem od zawsze, niestety – lub na szczęście – nie na tyle silne, by przeważyć nad potrzebą posiadania rodziny, czy zajmowania się rzeczami, których – przynajmniej teoretycznie – zakonnikom robić nie wypada. Ot, chociażby słuchania „satanistycznej”, jak ją niektórzy nazywają, metalowej muzyki. Intrygowało mnie jednak zawsze, jak to się dzieje, że człowiek jest w stanie porzucić tak wiele, by skupić się na modlitwie, kontemplacji i pracy fizycznej w obrębie klasztornych murów lub na klasztornych włościach. Samymi trapistami zainteresowałem się – jak zapewne większość osób, które interesuje ten temat – poprzez książki Thomasa Mertona. Dawno temu koleżanka podrzuciła mi jakąś książkę (zapewne „Siedmiopiętrową górę”), potem poszły następne. Nie ukrywam, że czasami miałbym ochotę zaszyć się na parę dni w takim zamkniętym, specyficznym miejscu, z drugiej zaś strony chyba nie mógłbym jednak zostać tam na zawsze.

   Książka „Po co światu mnich?”, to rodzaj wywiadu rzeki, przeprowadzonego z ojcem Zioło przez redaktora naczelnego magazynu „W drodze”, dominikanina Romana Bieleckiego i pracującej w tym wydawnictwie pani Katarzyny Kolskiej Już sam skład pytających wskazywał, że pytania kierowane do ojca będą inne, będą dotyczyły spraw i tych bardziej ziemskich, i tych z „innego świata”. Podobnie zresztą było podczas spotkania, które dzięki niezwykłej swadzie i erudycji rozpytywanego, jak i współautorów książki było niezwykle intrygujące.

   Niby zamknięty i pozbawiony możliwości rozmawiania na co dzień trapista okazał się osobą o niezwykłej umiejętności… mówienia, nie zabrakło zatem ciekawostek z kraju i ze świata, anegdot, a nawet informacji ze świata celebrytów. Ojciec starał się pokazać, że życie w zamknięciu i z ograniczonym gadulstwem, to jednak wcale nie jest życie w celi więziennej, to owszem „gułag”, ale taki, do którego człowiek wstępuje z własnej, nieprzymuszonej woli. Chyba że za ten rodzaj przymusu traktować powołanie. Dowiedzieliśmy się zatem o dniu codziennym w klasztorze, o modlitwach i ogromie prac, dzięki którym zakon jest w stanie się utrzymać. Ale dowiedzieliśmy się też o możliwościach rozwoju intelektualnego i osobistego, ale też o ograniczeniach wynikających z dość ostro respektowanej reguły zakonu.

   Nie mogło zabraknąć też chwili wspomnień. Ojciec Zioło był bowiem… dominikaninem, pracującym w Poznaniu i Gdańsku, a zatem dał się dobrze poznać zarówno tym, którzy go odpytali, ale też licznym ludziom, z którymi przez lata miał okazję się spotykać.

   Teraz trzeba przeczytać książkę.

Ray