Tomasz Chyła Quintet w Studiu U22

   Chociaż słyszałem nazwę tego zespołu, to jednak nie miałem okazji spotkać się z jego muzyką. Czekała mnie zatem kolejna wielka niespodzianka. I kolejny już raz okazała się być niezwykle miłą niespodzianką.

   Przyszedłem do studia U22 trochę przed czasem, gdy jeszcze było cicho i pusto, ale już od samego progu doleciały do mych uszu niezwykle miłe dźwięki. Od niosłem wrażenie, jak by ktoś próbował wprowadzić mnie – słuchacza w specyficzny trans. Sącząca się delikatnie z głośników muzyka wciągała, kierowała w jakąś pozaziemską wręcz przestrzeń. Chociaż wyraźnie było słychać, że nie jest to muzyka „zaprogramowana”, to znaczy ułożona od początku do końca, z wycyzelowanym każdym dźwiękiem, chociaż było słychać, że to jedna wielka improwizacja, chociaż pojawiały się fragmenty, gdy wydawało się, że za chwilę ten ciąg musi się skończyć, że któryś z muzyków musi zgubić rytm, wypaść z tonacji, zniszczyć i przerwać ten strumień, to nic takiego się nie wydarzyło.

   Dopiero wejście większej grupy ludzi spowodowało, że muzyka zaczęła oddalać się, tworzyć tylko ledwo słyszalne tło. Ale za to weszli muzycy z prowadzącym Piotrem Metzem i mogło rozpocząć się spotkanie. Zanim jednak zaczęli mówić, zagrali. Tomasz Chyła i Piotr Chęcki pokazali, że jeśli posiada się określone umiejętności można wręcz od ręki zaimprowizować niezwykle udany utwór, w którym dało się wyczuć powiew wiatru z dalekiego wschodu, który nagle zetknął się z powiewem spod Tatr. Przynajmniej ja tak to odebrałem…

   Tomasz Chyła Quintet, to piątka młodych, niezwykle utalentowanych, wrażliwych ludzi. Do tego o „końskiej” wręcz kondycji. Zespół przybył bowiem do studia zaraz po przylocie z Chin. Droga zajęła im zaledwie… trzydzieści godzin, a oni uśmiechnięci, rozemocjonowani, jak by przybyli z Mokotowa. I opowiedzieli zarówno o przygodach w Państwie Środka, o reakcji Chińczyków na graną przez nich, jakże inną od chińskiej muzykę. Z innym rytmem, harmonią, melodyką. Właściwie wszystkim innym… Zespół zagrał w Chinach podczas festiwalu Nine Gates, potwierdza to zatem jego wielką klasę, jego niezwykłą dojrzałość i nieprzeciętne umiejętności każdego z muzyków.

   Pretekstem do spotkania była promocja drugiego albumu zespołu, zatytułowanego ”Circlesongs”, albumu w pełni improwizowanego. Podawany był tylko temat, a reszta muzyków po prostu go w odpowiedni sposób powtarzała, dopełniała, przetwarzała. Jak wspomnieli sami muzycy, pomysł owych „circlesongs” zaczerpnięty był trochę od Bobby’ego McFerrina, ale już nagranie krążka w taki sposób, jak został nagrany, czyli właściwie bez przygotowania, i na tak zwaną setkę przyszedł zupełnie nagle. Bo po prostu siadali, nagrywali i postanowili zostawić tę muzykę taką, jaka była w momencie jej grania i nagrywania, bez poprawek, bez zbędnej postprodukcji. Bo muzyka improwizowana to wszak muzyka chwili, muzyka która w innym czasie i miejscu zawsze będzie inna. Bo o ile da się powtórzyć sam temat, jego rozwinięcie z musu będzie inne, bo dzień jest inny, pora nie ta, i emocje są inne.

   A nam wypada się tylko cieszyć, że zdecydowali się na taki krok, bo dzięki temu możemy uczestniczyć w specyficznym wydarzeniu, swego rodzaju misterium. Dzięki temu muzycy zatrzymali określoną chwilę, a my możemy się nią cieszyć, możemy stać się świadkami tamtych jedynych i niepowtarzalnych wydarzeń. Zespół zwrócił uwagę, że takie granie możliwe jest tylko wtedy, gdy muzycy się dobrze znają, gdy są ze sobą zgrani i ograni, gdy nie tylko potrafią sami otworzyć swoje wnętrze, by wydobyć z niego oryginalne dźwięki, ale też potrafią słyszeć innych i szybko reagować na to, co akurat zrobi inny muzyk. Ja odniosłem wrażenie, że tylko basista stara się trzymać „kręgosłup” danego utworu, trzymać pilnie jego rytm, bo już wszyscy inni robią „co chcą”. Ale jak to robią nie da się w żaden sposób opisać, tego trzeba po prostu posłuchać.

   Ja zatem słucham tej płyty, i słucham, i ulegam jej magii, i popadam w rodzaj jesiennego letargu. I co kryć… dobrze mi z tym.

Ray
Zdjęcie: Darek Kawka