Wojciech Mann w Big Book Cafe

   W dniu 11.12.2018 r. przeżyłem lekki szok. Przyszedłem sobie grzecznie, kulturalnie i przed czasem do Big Book Cafe, żeby w spokoju zamówić coś do picia, właściwie umościć się w oczekiwaniu na spotkanie z gościem wieczoru, a tymczasem poczułem, że zamiast do klubo-kawiarni wszedłem do zatłoczonego po brzegi wagonu pociągu. Chociaż do rozpoczęcia spotkania było prawie pół godziny, kawiarnia pękała w szwach. Spodziewałem się sporej ilości ludzi, ale – przyznaję – nie aż takiej. Z jednej strony cieszyło, że jest nazwisko, które jest w stanie ściągnąć wieczorową i raczej mało miła pod względem pogody porą na Mokotów tak liczne grono miłośników autora, z drugiej zaś zamiast miłego, kameralnego spotkania, a takie lubię najbardziej, zrobiła się masówka. Z tego też powodu siedziałem (tak, przyznaję, znalazłem ostatnie wolne, barowe krzesło) ładnych parę kroków za rogiem tuż przed wejściem do toalety, zatem nie miałem możliwości obserwować rozmowy, a tylko jej się przysłuchiwać. Trochę szkoda, bo obserwacja rozmówców ma dla mnie znaczenie. Mimika, ruchy ciała dodają takim spotkaniom znaczenia. Chociaż oczywiście najważniejsze są słowa.

   A słów gość spotkania, czyli pan Wojciech Mann – jak ma w zwyczaju – nie nadużywał, za to wszystko, co powiedział było dokładnie tym, co powiedzieć zamierzał. Bezpośrednim powodem spotkania było wydanie przez pana Wojciecha książki, zatytułowanej „Artysta”, poświęconej jego ojcu, Kazimierzowi Mannowi.

   Z właściwym sobie humorem i dystansem autor opowiedział o powodzie powstanie takiej właśnie książki (a nie na przykład albumu), o latach zbierania prac ojca, a wreszcie przypomniał kilka szczegółów, jakie zapamiętał ze zdecydowanie zbyt krótkiego okresu wspólnego życia ze zbyt szybko zmarłym ojcem. Nie zabrakło zatem wspomnieć z pierwszego spotkania z tatą w więzieniu, z wycieczek do ZOO (opowiadanie z o kucyku Rybie, który poniósł autora książki wzbudziło największe zainteresowanie widowni) i lunaparku (nie wyobrażam sobie, jak pan Wojciech zniósł tych kilka jazd karuzelą! Mnie się robiło niedobrze po pierwszym razie), wizyt w pracowni taty. Nie zabrakło wspomnień o stosunku ojca do syna, ojca do rzeczywistości i dóbr materialnych (pan Wojciech przypomniał historię o dochodzeniu praw za bezprawne użycie rysunku ojca prze zagraniczną firmę kosmetyczną).

   Nie zabrakło zatem masy śmiechu, nie zabrakło chwil wzruszenia. Najważniejsze jednak jest to, że pan Wojciech przywraca pamięć o ciekawym, wyjątkowym człowieku, który kolorował świat jeszcze w czasach sanacyjnej Polski, jak i tej jeszcze bardziej szaro – burej rzeczywistości.

Ray

foto z profilu FB Big Book Cafe – Rafał Nowakowski