O czytaniu…

   Należę do ludzi, którzy każdą wolna chwilę wykorzystują, by przeczytać chociaż parę zdań. Nie ma znaczenia, gdzie akurat jestem, czy gdzieś idę, czy gdzieś jadę, czy siedzę w domu lub jestem z wizytą u rodziny. Czy jestem na wycieczce, czy tylko na spacerze. Zawsze mam ze sobą książkę. Czasem nawet dwie, gdy obawiam się, że pierwszą mogę skończyć, a nie będzie możliwości, by nabyć jakąś nową. Tak już mam. To pewnie rodzaj jakiejś choroby, przez którą dorobiłem się już całkiem sporej ślepoty i solidnego garba. Ślepoty od czytania, garba z powodu noszenia przepełnionej torby. Przepełnionej, bo przecież poza książkami muszę też nosić płyty. Już nawet wiem, że można nosić czytnik z setkami książek, a muzyki słuchać z telefonu, ale to jakieś takie… nieludzkie… Owszem, korzystam z czytnika, ale w wyjątkowych sytuacjach, bo jednak książka to jest książka.

   Książka, poza treścią ma określony kształt i określoną wagę. Zrobiona jest z określonego papieru, ma określony rozmiar I określony zapach. Te wszystkie element są niezbędne, by w odpowiedni sposób przeczytać książkę, by ją prawdziwie poczuć. Jej wygląd wpływa też na sposób czytania i odbiór zawartej w niej treści. Wszak inaczej się czyta książkę kieszonkową, a inaczej tak zwaną “cegłę”. Inaczej czyta się wydaną na przezroczystym wręcz papierze Biblię, inaczej czyta się wydaną z grubymi, tekturowymi stronami książkę dla małych dzieci. Jeszcze inaczej się czyta (i ogląda) albumy z reprodukcjami.

   Czytam odkąd pamiętam, bo nie pamiętam okresu, kiedy nie czytałem. Najwcześniejsze momenty z mojego życia, które wyłaniają się z mojej pamięci nieodłącznie łączą się z czytaniem. Z elementarzem Falskiego, “Rogasiem z doliny Roztoki”, “Plastusiowym pamiętnikiem”, “Krasnalem Hałabałą”, wcześniej pewnie były jakieś książeczki z serii “Poczytaj mi mamo”. Ale te pewnie czytała mi babcia i rodzice. Nie pamiętam ich tytułów, ani treści, ale pamiętam ich wygląd. Wyjątkowy kształt, wyjątkową szatę graficzną. Bo książka to nie tylko treść, książka to nie tylko litery ułożone w słowa. Bo chociaż one są najważniejsze, to jednak to, w jaki sposób zostały nam podane wpływa na ich odbiór. Często – jak widzę na własnym przykładzie – zostaje pamięć o samym wyglądzie. Ale zostaje. Zostaje pamięć o książkach.

   Nie pamiętam, kiedy zacząłem czytać, ale moje życie w mojej głowie pojawia się wraz z literami. Mógłbym sparafrazować słynne kartezjańskie stwierdzenie i napisać: “czytam, więc jestem”. Zacząłem istnieć, gdy zacząłem czytać. Okres sprzed czytania w mojej pamięci nie istnieje, moja obecność sprzed czytania jest tylko opowieścią rodziców.

   Nie pamiętam, kiedy zacząłem czytać, ale pamiętam, że litery stale były wokół mnie, były w książkach, ale też magazynach, które pojawiały się w moim domu, w domu babci, czy w domach kolegów. Pamiętam płachtę Trybunu Ludu, w której relacjonowano “Wyścig Pokoju”, pamiętam czytany przez babcię magazyn “Za i przeciw”, pamiętam “Przekrój” i wyjątkowo pięknie wydawany “Krajem Rad”… Nie pamiętam, o czym w tych magazynach pisano, pewnie o wielu treściach nawet lepiej nie pamiętać, ale pamiętam, że one były, że zawsze mogłem sięgnąć po “pisane słowo” i po nie sięgałem tak często, jak to było możliwe.

   Czytałem w domu i podczas letnich wypraw nad rzekę, czytałem rano, w południe i wieczorem, nawet w nocy, oczywiście pod kołdrą, narażając się na oczywistą reakcje rodziców. Czytałem w podstawówce, szkole średniej, na studiach. Czytałem w każdym miejscu, w którym mieszkałem. Największym problemem w przenosinach z miejsca na miejsce już w tak zwanym dorosłym życiu w Warszawie było właśnie przewożenie książek, które pączkowały w wyjątkowym tempie. Wożenie tych ciężarów to była wielka harówka, ale jakże pięknie było (i wciąż jest) patrzeć na te stosy książek, które nigdy nie dały (i nie dają) się tak do końca ułożyć. Zdaję sobie sprawę, że to choroba, że nie przeczytam ich wszystkich, ale i tak nie jestem w stanie powstrzymać się przed przyniesieniem chociaż jednej sztuki w tygodniu. Przed popadnięcie w zupełne szaleństwo podtrzymuje mnie pensja i ceny książek. Ale jednym z nielicznych uroków mieszkania w stolicy są liczne wyprzedaże, antykwariaty i księgarnie z tanimi książkami. Nie muszę mówić, że to moje ulubione miejsca w tym mieście. Kiedy tylko zaoszczędzę chociaż 10 złotych, natychmiast pędzę do jednego z tych miejsc, by poszukać jakiejś okazji lub kupić coś, co sobie wcześniej upatrzyłem.

   Dzień bez przeczytania chociaż jednego zdania staje się dniem niepełnym. Muszę przeczytać chociaż to jedno, jedyne zdanie. Ale muszę. Wiem, to choroba…

Ray

**********ENGLISH VERSION**********
(with the help of Google translation, so sorry for unintentional mistakes!)

About reading …

   I am one of the people who use every free moment to read at least a few sentences. It doesn’t matter where I am at the moment, whether I am going somewhere by bus, or whether I am sitting at home or visiting my family. Whether I am on a trip or just a walk. I always have a book with me. Sometimes even two, when I’m afraid that I can finish the first one, and there will be no possibility to buy a new one. That’s how I am. It must be some kind of disease that has already caused me quite a lot of blindness and a solid hump. Blindness from reading, hump from carrying an overfilled bag. Overcrowded, because apart from books, I also have to carry CDs. I already know that I can carry a e-book reader with hundreds of books and listen to music from the phone, but it’s kind of… inhuman… Yes, I read e-books, but in exceptional situations, because a book is a book.

   A book, apart from its content, has a specific shape and weight. It’s made of a certain paper, has a certain size and a certain smell. All these elements are necessary to properly read a book in order to truly feel it. Its appearance also influences the way of reading and the reception of its content. After all, it is different to read a pocket book and the so-called “brick”. You read a Bible published on transparent paper differently than you read a book for small children with thick, cardboard pages. Reading (and viewing) albums with reproductions is still different.

   I have been reading for as long as I can remember, because I do not remember the period when I was not reading. The earliest moments in my life that emerge from my memory are inextricably linked with reading. With Falski’s primer, with “Rogaś z dolina Roztoki”, “Plastusiowy pamiętnik”, “Przygody krasnala Hałabały” [books for kids], there were probably some books from the series “Read to me, mum” before. But my parents and grandmother probably read them to me. I don’t remember their titles or content, but I do remember what they looked like. Unique shape, unique graphic design. Because a book is not only content, a book is not only letters formed into words. Although they are the most important, the way they are given to us influences their reception. Often – as I can see from my own example – the memory of the appearance itself remains. And it stays. The memory of books remains.

   I don’t remember when I started reading, but my life in my head comes with letters. I could paraphrase the famous Cartesian statement and say, “I read, therefore I am.” I started to exist when I started reading. The period before reading does not exist in my memory, my presence before reading is only my parents’ story.

   I don’t remember when I started reading, but I remember that the letters were constantly around me, they were in books, but also in magazines that appeared in my house, at my grandma’s house, or at my friends’ houses. I remember the sheet of the communist newspaper “Trybuna Ludu” were the “Wyścig Pokoju” – the cycling race was described, I remember the magazine “Za i przeciw” read by my grandmother, I remember “Przekrój” and the exceptionally beautifully published “Kraj Rad”… Content of most if them is even better not to remember, but I remember that they were, that I could always reach for the “written word” and I used it as often as possible.

   I read at home and during summer trips to the river, I read in the morning, at noon and in the evening, even at night, of course under the duvet, exposing myself to obvious reactions from my parents. I read in elementary school, high school, and college. I’ve read everywhere I’ve lived. The biggest problem in moving from place to place in the so-called adult life in Warsaw was precisely the transport of books that were budding at an exceptional pace. Carrying these weights was a huge chore, but how beautiful was (and still is) looking at those piles of books that have never been (and cannot) be arranged in such a way. I realize it’s a disease that I won’t read them all, but I still can’t help myself to stop and not bring in at least one book a week. My salary and book prices keep me from going completely insane. But one of the few charms of living in the capital are numerous sales, antique shops and bookstores with cheap books. Needless to say, these are my favorite places in this city. As soon as I save even 10 zlotys, I immediately rush to one of these places to look for a bargain or buy something I have previously chosen.

   A day without even reading a single sentence becomes an incomplete day. I have to read at least this one and only sentence. But I have to. I know, it’s a disease …