O wyglądzie…

   Nie odkryję Ameryki twierdząc, że chociaż często wzbraniamy się przed wypowiadaniem takich sądów, to jednak oceniamy innych po wyglądzie. Ja też tak robię. Najpierw osądzam, potem dopiero zastanawiam się, dlaczego ktoś wygląda tak, jak wygląda. Oczywiście tylko wtedy, gdy w ogóle mnie dany człowiek zainteresuje, bo przecież nie da się zainteresować wszystkimi. Często określony wygląd natychmiast przekreśla ochotę na wnikanie w charakter i osobowość innego człowieka. Chociaż staram się być tolerancyjny, staram się nie oceniać, to i tak oceniam. Oceniam, bo wygląd danego człowieka jest pierwszym, co widzę, wręcz z góry definiuje tego człowieka.

   Żyjąc w określonym środowisku przyjmujemy istniejące w nim wzorce zachowania, ale też wyglądu. Od małego uczeni jesteśmy, że coś można i coś należy, a czegoś nie można i nie wolno. Oczywiście w zależności od miejsca, w którym mieszkamy te wzorce mogą, a nawet musza się różnić. Zatem i nasz wygląd się różni. To, co w jednym miejscu uchodzi za coś normalnego, w innym jest uznane za coś wręcz nie z tego świata. I nie tyle o transcendentny świat tu chodzi, ile o ten tuż obok nas, do którego zapewne nie chcielibyśmy nigdy trafić. Może być i sytuacja odwrotna, aspirując do innego świata przyjmujemy istniejące w nim wzorce. Jeśli chcemy się w niego wtopić nie mamy wyboru. Musimy to zrobić. Nie dotykam tu dodatkowych kwestii, jak wiedza, wychowanie, wykształcenie itp., które – poza samym wyglądem – są niezbędne do wejścia w pewne progi. Interesuje mnie dzisiaj sam wygląd. Nasze uczesanie, wygląd twarzy, postawa, cały ubiór.

   Myślę, że połowę pism nie tylko tych dla kobiet, znaczną część postów w internecie i programów telewizyjnych zajmują te dotyczące wyglądu. A nawet nie tyle wyglądu, ile mody. A nawet nie tyle mody jako takiej, ile obowiązujących w danej chwili, bo już zapewne nie w całym sezonie, trendów. Specjaliści nie tyle tłumaczą, co informują (czytaj narzucają), jak należy się ubrać, by być na czasie. Na czasie przez chwilę, ale przecież tylko chwile się liczą. Bycie na czasie staje się najważniejszym zadaniem wielu osób. I jestem pewien, że wcale to nie dotyczy tylko ludzi młodych i bardzo młodych. Dotyczy nas wszystkich, również takich zwyczajnych facetów w średnim wieku. Bo wygląd o nas świadczy, bo wygląd powoduje, że możemy w pewne miejsca wejść lub nie (kluby), bo możemy się czuć jak inni lub nie czuć się za dobrze, gdy jesteśmy mierzeni wzrokiem za niewłaściwy wygląd (teatr), czasami wręcz cofani spod drzwi (kościoły). Wiele miejsc pracy i miejsc spotkań tworzy określone kody ubioru (tak, te słynne dress code), które są wymagane, by nie tylko nie odstawać od reszty, ale by w ogóle móc wśród tej reszty funkcjonować. I nie jest to wcale pomysł nowy, tak było w całej historii ludzkości. Pamiętam dobrze wypowiedzi mojego taty, który nie rozumiał, że można przyjść do pracy nieogolonym. Twierdził, że szef by go wygonił do domu. Pamiętamy dobrze opowieści lat 60., kiedy pojawiła się moda na dłuższe włosy, co się wtedy działo w szkołach. W latach mojej młodości nosiło się już włosy różnej długości, tolerancja w szkole i w pracy była większa, problemy mogły rodzić się tylko na styku subkultur. Nie wspominam o modzie lat 80., bo jak dzisiaj na nią patrzę, mogę tylko stwierdzić, że była… jaka była, ale wtedy naprawdę uchodziła za szczyt elegancji. Podobnie zresztą jak straszne dzwony i inne „cuda” lat 70. Moda się zmienia, bo zmienia się człowiek, moda zawsze wychodzi poza tak zwaną normalność, ale to dobrze, bo przynajmniej coś się dzieje, nie jest nudno. Wszystko zależy od naszej tolerancji.

   Mimo zmieniających się trendów, mimo wprowadzania różnych nowości, to jednak nasz ubiór, którego używamy na co dzień w sumie niewiele się różni od bardzo wielu lat, bo też co jeszcze można wymyślić?! Można tworzyć nowe wzory, nowe tkaniny, coś uciąć, a coś dodać, ale ogólny krój ubrań pewnie się nie zmieni jeszcze przez bardzo wiele lat. Przynajmniej do czasu mojej na tym świecie obecności.

   Moda jest jednak wciąż raczej dla wybranych, większość naszego społeczeństwa, zapewne i tak nie zwraca na nią większej uwagi, bo albo traktuje ją jako „jakąś głupotę”, albo takie ubrania są za drogie, albo nie da się ich w ogóle kupić. A czy moda lansowana przez sieciówki dostępne dla wszystkich jest jeszcze modą?

   Mnie zastanawia teraz kwestia nie tyle pogoni za modą, ile to, na ile pewne wzorce ubioru decydują o nas samych. Na ile są wyrazem nas samych, a na ile są elementem nam narzuconym. Jak są ważne w odbiorze nas przez innych i odwrotnie. Dlaczego odsuwamy się od lumpa, uciekamy od dresa, utrzymujemy dystans od zbyt elegancko ubranych? Okazuje się, że najchętniej jesteśmy (to znaczy ja jestem) z tymi, którzy są… normalnie ubrani. Normalnie, czysto, schludnie ubrani. Nie drogo, zresztą ja bym nawet nie zauważył drogiej metki, ale normalnie. Wybieram takich ludzi, bo wydaje mi się (oczywiście pewnym nigdy być nie można), że pod normalnym ubraniem znajduje się normalny człowiek. Człowiek, a zatem ktoś, z kim można porozmawiać, do którego można się uśmiechnąć, którego można o coś zapytać. Nie zawsze musi być najmądrzejszy, ani wykształcony, nie musi być z wielkiego miasta, ani z dobrej rodziny. Ważne, żeby był człowiekiem, żeby był… ludzki! Wszystko wskazuje zatem na to, że wygląd ma znaczenie, ale ważne, żeby nie stał się brzemieniem naszego jestestwa. By sprawiał nam radość, a nie był wyznacznikiem statusu. By zbliżał, a nie oddalał.

   Czy wygląd świadczy o człowieku? W jakiejś mierze tak. A czy świadczy o jego inteligencji? No cóż, nie mnie się na ten temat wypowiadać. Wszak widać, jak wyglądam…

Ray

**********
About appearance …

   I will not discover America by saying that while we often refuse to make such judgments, we judge others by their appearance. I do that too. First I judge, then I Wonder, why someone looks the way he looks. Of course, only when a given person interests me at all, because it is impossible to be interested in everyone. Often a certain appearance immediately eliminates the desire to penetrate the character and personality of another person. Although I try to be tolerant, I try not to judge, I still judge. I judge because the appearance of a given person is the first thing I see, it even defines this person in advance.

   Living in a specific environment, we adopt existing patterns of behavior and appearance. We are taught from an early age that something can be and belongs to something, and that something we cannot do. Of course, depending on the place where we live, these patterns may and even have to differ. So our appearance is also different. What is normal in one place is considered out of this world in another place. And it is not so much the transcendent world that is at stake here, but the one right next to us, which we probably would never want to reach. The situation may be the opposite, when we aspire to another world, we accept the patterns that exist in it. If we want to blend in with it, we have no choice. We must do it. I do not touch on additional issues, such as knowledge, upbringing, education, etc., which – apart from the appearance itself – are necessary to enter certain thresholds. Today I am interested in the appearance itself. Our hairstyle, facial appearance, posture, all clothing.

   I think that half of the magazines not only for women, a significant part of the Internet posts and television programs are those about appearance. And not even so much looks as fashion. And not even fashion as such, as the current trends, probably not throughout the season. Specialists not so much explain, but inform (read: imposing) how to dress in order to be on time. On time for a while, but only moments matter. Being up-to-date becomes the most important task of many people. And I am sure that this does not only apply to young and very young people. It applies to all of us, including such ordinary middle-aged guys. Because our appearance shows us, because our appearance means that we can enter certain places or not (clubs), because we may feel like others or not feel too well when we are measured by other eyes for an inappropriate appearance (theater), sometimes we may be withdrawn from underneath doors (churches). Many workplaces and meeting places create specific dress codes that are required not only to stand out from the rest, but to be able to function with the rest at all. And it is not a new idea at all, as it has been throughout human history. I remember well what my dad said, who did not understand how can I go to work unshaven. He claimed that his boss would chase him home. We remember well the stories of the 1960s, when the fashion for longer hair appeared, and what happened in schools then. In my youth I wore hair of different lengths, tolerance at school and at work was greater, problems could only arise at the intersection of subcultures. I do not mention the fashion of the 1980s, because when I look at it today, I can only say that it was… what it was, but then it was really considered the pinnacle of elegance. Similarly to the terrible flare pants and other “miracles” of the 70s. Fashion changes because people change, fashion always goes beyond the so-called normality, but that’s good, because at least something is happening, it is not boring. It all depends on our tolerance.

   Despite the changing trends, despite the introduction of various novelties, our clothing, which we use every day, does not differ much from many years, because what else can you come up with?! You can create new patterns, new fabrics, cut something, and add something, but the general our clothes will probably not change for many years. At least until I am present in this world.

   However, fashion is still rather for the chosen ones, the majority of our society probably does not pay much attention to it anyway, because they either treat it as “stupid”, or such clothes are too expensive or they cannot be bought at all. And is the fashion promoted by stores, which are available to everyone still are a fashion?

   I am now wondering not so much about the pursuit of fashion as about how certain patterns of clothing determine us. To what extent are they an expression of ourselves, and to what extent they are an imposed element. How important they are in how others perceive us and vice versa. Why do we move away from the shaggy vagrant, run away from the dressed in tracksuit, keep our distance from too smartly dressed? It turns out that we like most (I mean, I am) with those who are… normally dressed. Normally, clean, neatly dressed. Not expensive, and I wouldn’t even notice an expensive price tag, but normally. I choose such people because they seem to me (of course we can never be sure) that under normal clothes there is a normal person. A human being, and therefore someone to talk to, to smile to, to ask about something. He doesn’t always have to be the smartest or educated, he doesn’t have to be from a big city or from a „good family”. It is important that he is… human! Everything indicates that appearance matters, but it is important that it does not become a burden for our being. That it would make us happy and not be a status indicator. That it would come closer, not move away from other people.

   Does appearance indicate a person? To some extent, yes. Does it testify to his intelligence? Well, I can not to tell about it. After all, you can see how I look like …