Łysica, Szklany Dom i wspomnienia…

Łysica

   Kiedy wyruszaliśmy z wujem Grzegorzem na Łysicę nie przypuszczaliśmy, że to będzie nasz ostatni taki długi wyjazd w 2019 roku (bo, jak pisałem, w grudniu udało nam się jeszcze zrobić dwie krótkie objazdówki). Mało tego, któż z nas mógł podejrzewać, że ta przerwa w podróżowaniu potrwa tak długo. Do następnego razu musieliśmy czekać aż do sierpnia 2020 r. Ale cóż zrobić, wirus namieszał i trzeba się z tym pogodzić. Jest też oczywiście jeden plus z takiego siedzenia w domu. Można wreszcie wziąć się za szukanie zdjęć i notatek i w końcu napisać takie oto wspomnienia z podróży.

   Ponieważ moja miejscowość leży na granicy województw, a kiedyś nawet przez pewien czas leżała w województwie świętokrzyskim, zatem mój związek z kielecczyzną trwa właściwie od zawsze. Nie byliśmy w domu rodzinnym wielkimi podróżnikami, ale dobrze pamiętam, że jeden z pierwszych, o ile nie pierwszy nasz wspólny rodzinny wyjazd świeżo zakupionym (i długo oczekiwanym) „maluchem” koloru jasny orzech (utkwiła mi ta nazwa w głowie na zawsze) pojechaliśmy na wycieczkę na Święty Krzyż. Wydaje mi się też, że nawet nocowaliśmy w Świętej Katarzynie, ale pewien wcale nie jestem. W każdym razie, Święty Krzyż udało mi się też już odwiedzić wspólnie z moimi dziećmi, natomiast leżący wcale nie tak daleko od Gołoborza, najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich – Łysicy nie udało mi się „zdobyć”. Dlatego też po udanym dotarciu i bardzo długim zejściu z Turbacza we wrześniu 2019 zasugerowałem Grzegorzowi, żebyśmy weszli na szczyt mniejszy, łagodniejszy i bliżej leżący. Ale szczyt ważny, bo wszak królujący najstarszym polskim górom.

Łysica

   Nie namyślając się długo, pojechałem w piątkowy wieczór do Przedborza, by następnego dnia rano wyruszyć właśnie do Świętej Katarzyny, skąd wyruszyliśmy na szlak. Na Łysicę wchodzi się dość szybko, aczkolwiek pod koniec jest dość stromo, a przede wszystkim trzeba uważać na głazy i kamienie, bo – zwłaszcza po deszczu – jest tam dość ślisko. Nie przeszkadza to – niestety – licznym „podróżnikom” we wchodzeniu na szczyt. A tych zdobywców są dziesiątki. Jeśli trochę narzekałem na zaludnienie Turbacza, to tutaj dopiero zobaczyłem, na czym polega tłok w górach. I wcale nie mam nic przeciwko wchodzeniu przez niewielkie grupy rodzinne, czy znajomych, do tego zainteresowanych podziwianiem natury, wszak każdy, jak my z wujem Grzegorzem ma prawo skorzystać z uroków miejsca, ale już wycieczkom młodzieży, która zainteresowana jest głównie patrzeniem we własne telefony i krzykiem, zdecydowanie się sprzeciwiam. Ja wiem, że niby trzeba pokazać, zachęcić, a nuż ktoś załapie bakcyla. Może i tak jest, ale chyba nie do końca w to wierzę. Takie spędy raczej nikogo do niczego nie zachęciły. W każdym razie, wszystko wskazuje na to, że moja starość daje mi się coraz bardziej we znaki, i coraz więcej rzeczy mnie denerwuje…

Łysica

   Na szczęście młodzież dochodziła tylko do szczytu, zatem chcąc chociaż przez chwilę poczuć się jak w górach, można – a wręcz należy – pójść dalej. Przez moment sugerowałem nawet wujowi, żebyśmy poszli do końca, ale na szczęście wuj wykazał się większym ode mnie rozsądkiem i doszliśmy tylko do tak zwanego św. Mikołaja i wróciliśmy. Ale ten spacer naładował nas zarówno świeżym powietrzem, jak i niezbędną adrenaliną. Znów mogliśmy poczuć niepowtarzalny smak kontaktu z lasem, z górą, po prostu z przyrodą. Nie wspominam o widokach, bo ich akurat… nie ma. Owszem, z samej Łysicy pojawia się widok na niewielki fragment urokliwej kielecczyzny, ale to jest jedno, jedyne miejsce. Poza tym cała grań jest zalesiona, cały czas idzie się wśród drzew.

Święta Katarzyna – kościół i klasztor

   Zanim jednak ruszyliśmy na szlak, musieliśmy obowiązkowo zatrzymać się przed kościołem i klasztorem sióstr bernardynek w Świętej Katarzynie. Założenie powstało w XV na terenie wcześniejszego klasztoru pustelników z zakonu benedyktynów z sąsiedniego Świętego Krzyża. Kościół konsekrowano w 1480 roku. Po pożarze w wieku XVI, został odbudowany i później rozbudowany. Kolejny pożar zniszczył świątynię w połowie XIX wieku. Również w dziewiętnastym wieku, a dokładnie w 1815 roku bernardyni opuścili klasztor, w ich miejsce zajęły Bernardynki z Drzewicy. Pożary strawiły skutecznie wnętrze kościoła, dlatego po ostatnim, dziewiętnastowiecznym przeniesiono do niego część wyposażenia rozebranego kościoła w Nowej Słupi. Zatem, jak można się domyślić niewiele zostało z najstarszych dziejów kościoła i klasztoru, najstarsze czasy pamięta tylko część murów. Na uwagę zasługuje to, że do kościoła wchodzi się (o ile jest otwarty, my nie mieliśmy tego szczęścia…) przez krużganki, w których znajduje się m.in. późnogotycka rzeźba św. Katarzyny Aleksandryjskiej, patronki kościoła oraz również pochodzące z XV weku „Ukrzyżowanie”. Z tego, co udało nam się zobaczyć, wnętrze kościoła jest współczesne, skromne, z nielicznymi starszymi rzeźbami i umieszczonymi na ścianach epitafiami. Zachęcam do zajrzenia na stronę parafii, by przeczytać napis na epitafium Krzysztofa i Katarzyny Broniowskich oraz związaną z nimi legendą!

Kapliczka Żeromskiego

   Po wyjściu z krużganków kościoła udaliśmy się już prawie na szlak prowadzący na Łysicę. Napisałem „prawie”, bowiem najpierw zboczyliśmy lekko z trasy, by po zrobieniu paru kroków stanąć potem przed tak zwanym „kapliczką Żeromskiego”. To miejsce jest specyficzną pamiątką po obecności wspaniałego pisarza w tym miejscu, a dokładniej świadectwem wandalizmu, bowiem jeszcze w swoich szkolnych latach, dokładnie 02. Sierpnia 1882 roku, wspólnie z kolegą Janem Stróżeckim napisali na ścianie swoje nazwiska. Tak oto czyn powszechnie uważany za wandalizm stał się wspaniała pamiątką… A ta k w ogóle „kapliczka Żeromskiego” jest powstałą w XIX wieku kapliczką ufundowaną przez Wincentego Janikowskiego dla żony.

   A potem już czekała nas wspinaczka na szczyt, poprzedzona potarciem oczu wodą ze źródełka, obok którego stoi kapliczka św. Franciszka. Jak się doczytałem, w tym miejscu stał kiedyś niewielki kościołek z dwiema celami dla pustelników. Później na jego miejscu powstała właśnie drewniana kapliczka. A woda ze źródełka ma pomagać na choroby oczu, zatem nie dziwi, że skorzystałem z okazji! Dla zaprawionych w bojach zdobywców Turbacza (sic!) nie stanowiła wielkiej przeszkody, aczkolwiek odpowiednia ilość potu się wylała. Jak wspomniałem na początku cała droga, jak i zwłaszcza zagęszczenie słuchającej muzyki z telefonów młodzieży nie wywołała we mnie takiej radości, jaką spodziewałem się osiągnąć po wejściu na od lat wyczekiwany szczyt, ale i tak byłem zadowolony, że w ogóle się w końcu zdecydowałem tego dokonać. Ponieważ było nam trochę mało, postanowiliśmy dotrzeć jeszcze do miejsca zwanego świętym Mikołajem, czyli do kapliczki poświęconej temu świętemu. Tak dokonaliśmy „rytualnego zjedzenia kanapek”, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną

Łysica

   Przed udaniem się do samochodu, wuj postanowił zakupić specjalny drewniany znaczek z Muzeum minerałów, ponieważ był w nim jakiś czas temu, ale wtedy nie udało mu się go zakupić. Ja zapewne też chętnie bym obejrzał zbiory, ale pani sprzedająca tak „zaatakowała” wuja, że nie powinien kupować znaczka, skoro nie widział wystawy, że musi tę wystawę obejrzeć, a jego próba wytłumaczenia, że całkiem niedawno ją widział, nie mogły dotrzeć do sprzedającej, Cóż, zachęcać można różne sposoby. Szkoda tylko, że niektórzy robią to w taki sposób, że nie pozostało nam nic innego, jak zakręcić się na pięcie i wyjść. Znaczek ostatecznie pani sprzedała, ale ochotę, by obejrzeć wystawę zupełnie straciliśmy! Być może będzie jeszcze kiedyś okazja, by ją zobaczyć, bo chociaż widziałem wiele takich wystaw, uważam, że w każdej z nich można znaleźć coś ciekawego. Ale cóż, tym razem przeszła nam ochota na obecność w tym miejscu…

Ciekoty – dwór

   Ponieważ udało nam się w miarę szybko “zaliczyć” szczyt postanowiliśmy udać się w dwa miejsca, do których od chciałem dotrzeć. Przy czym o istnieniu jednego z nich dowiedziałem się całkiem niedawno, do drugiego już przed laty podjęliśmy próbę dotarcia, ale się nie udało. To pierwsze miejsce, położone bliżej Łysicy to dwór Stefana Żeromskiego w Ciekotach. Tak naprawdę, to jest to nowy budynek postawiony w miejscu, w którym kiedyś stał oryginalny dwór, dzierżawiony przez ojca Stefana – Wincentego Żeromskiego (1871-1883). Zatem sam budynek nie ma nic wspólnego z wielkim pisarze, ale już okolica i drobna część zbiorów i owszem. Według mnie to bardzo ciekawa inicjatywa, której należy się zdecydowanie większy rozgłos. Sam dwór wchodzi w skład kompleksy nazwanego “Szklanym domem”. Znajduje się tam spora sala widowiskowa, sala wystawowa, podobno też część hotelowa. Mnie oczywiście najbardziej zainteresowała wystawa mieszcząca się w dworku. W siedmiu pomieszczeniach (sień, kuchnia, pokój jadalny, pracownia, pokój Stefana, pani Żeromskiej i pana Wincentego) znajdują się zebrane z różnych miejsc kraju rzeczy z epoki, w tym kilka naprawdę bardzo ciekawych, jak klęcznik dworski z XIX w., czy używana do podgrzewania pościeli szkandela, niezwykle urokliwy dziadek do orzechów, fisharmonia i oczywiście wydania książek Stefana Żeromskiego.

Ciekoty – rzeźba rodziny Żeromskich

   Warto zajrzeć w to miejsce też z innego powodu, bowiem oprowadzający po wystawie pan (wstyd mi, zapomniałem zanotować nazwisko) potrafi z niezwykłą radością opowiadać tak o samej rodzinie Żeromskiego, o okolicy, jak i o zgromadzonych zbiorach. Trzeba tu dodać, że jest to znakomite miejsce do zgłębiania wiedzy na temat Żeromskiego, bowiem zgromadzona została całkiem pokaźna, związana z pisarzem i jego twórczością biblioteka. Wdaliśmy się w tak intrygującą i długą rozmowę z panem oprowadzającym, że nie wiadomo kiedy minęło nam bardzo dużo czasu. Zrobiliśmy więc sobie zdjęcia z rodziną Żeromskich i… zrezygnowaliśmy z podjęcia kolejnej, wspomnianej wyżej, próby dotarcia do innego miejsca związanego z polskim pisarzem, a mianowicie do Oblęgorka. Było już za późno, nie było szans, by dotrzeć na miejsce w godzinach otwarcia muzeum.

Strawczyn – kościół

   Postanowiliśmy zatem powoli wracać do domu, po drodze odwiedzając miejsca, które dla mnie były niezwykle ważne z czysto prywatnego powodu. Albowiem postanowiłem odwiedzić groby moich kolegów ze szkoły średniej. Było nas czterech, zostało dwóch. Wszyscy, którzy mnie znają dobrze wiedzą, że na cmentarzach bywam rzadko. I to – poza grobami najbliższych, na których zresztą też bywam rzadko – częściej bywam w miejscach, które zwiedzam. Chociaż zdaję sobie sprawę, że kiedyś wszyscy musimy zejść z tego świata, staram się myśleć o tacie, babciach, dziadku, wujkach, ciociach, kolegach jak o osobach żywych. Pamiętać o nich, wspominać, przypominać sobie miłe, spędzone z nimi chwile. Nie lubię bywać w miejscu ich pochówku, bo zawsze uważam, że to było za wcześnie, nie tak, jak powinno… Ale tym razem musiałem zajrzeć w te miejsca, zwłaszcza, że byłem tam po raz pierwszy. Odkładałem ten moment tak długo, jak się dało, ale widocznie w końcu przyszła ta chwila. Zajrzałem zatem na grób Grześka w Strawczynie (dziękuję pani, która pomogła mi go odnaleźć) i grób Henia w Mninie. Chociaż godzina była popołudniowa, miałem nadzieję, że natknę się tam na chociaż jedną osobę, która podobnie jak pani w Strawczynie, wskaże mi grób kolegi. Ostatecznie postawiłbym kupiony w sklepie znicz przy wejściu na cmentarz. Ku mojej – jak strasznie to brzmi – radości, grób Henia znajdował się właściwie zaraz po wejściu na cmentarz. Zginął wtedy, kiedy tak naprawdę zaczynał swoje dorosłe życie… Może kiedyś napiszę jakieś krótkie wspomnienie z tamtych czasów…

Łopuszno – kościół

   Ponieważ do żadnego z trzech kościołów nie udało nam się wejść, bo albo były zamknięte, albo było w nich nabożeństwo, zatem tylko w skrócie napiszę, że kościół w Strawczynie (miejscu urodzin Stefana Żeromskiego) powstał w XVII wieku, jednak w 1835 roku został przebudowany, z kolei drewniany kościół w Mninie stał w tym miejscu prawdopodobnie już w XV wieku, zaś ten, który stoi obecnie powstał w 1824 roku (niestety nie wyszło mi żadne zdjęcie!) i wreszcie kościół w Łopusznie, który „kusił” mnie, by go zobaczyć jeszcze przed laty, kiedy jeździłem autobusem do Kielc… Parafia powstała w XVI wieku, ale kościół który możemy zobaczyć w wieku XX, jego konsekracja nastąpiła w 1948 roku.

Snochowice – Zajazd Antresola

   Zanim dojechaliśmy do Łopuszna trafiliśmy Zajazdu Antresola w Snochowicach. To jeden z licznych zajazdów/ hoteli/ domów weselnych, które dość gęstą siecią poznaczyły polski krajobraz. Chociaż do domu mieliśmy już w sumie niedaleko, postanowiliśmy zajrzeć i spróbować czegoś dobrego. Za mną chodziły placki ziemniaczane, Grzegorz też uległ pokusie, więc zamówiliśmy je w słynnej wersji po węgiersku. I wszystko, co mogę tu napisać, zmieszczę e jednym zdaniu. Warto odwiedzić Antresolę, bo placki były znakomite! Tak właśnie lubię. Do tego jeszcze mieliśmy okazję porozmawiać przez chwilę z właścicielem, który – jak wywnioskowałem z rozmowy – też lubił jadać potrawy, które należą do moich ulubionych. Mam nadzieję, że kiedyś wprowadzi do menu czerninę!

   Kto mógł się spodziewać, że tak świetny wypad będzie przedostatnim, jaki odbyliśmy z wujem Grzegorzem w ciągu ostatniego półtora roku. Miało być ich zdecydowanie więcej, ale pandemia miała zupełnie inne plany…

Ray