Malbork – biegiem po zamku

   Zachęceni bardzo udanym, rodzinnym wyjazdem w góry, postanowiliśmy tym razem wyruszyć w podróż do miejsca, które – odkąd pamiętam – znajdowało się na pierwszej pozycji miejsc, które chciałbym zobaczyć w Polsce. To był Malbork. Jak w przypadku wielu innych sytuacji, tak i w tym przypadku nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego zwlekałem z zobaczeniem tego miasta i zamku. Być może była to obawa przed „dogonieniem króliczka”. A przecież, poza Malborkiem jest jeszcze tak wiele miejsce, które chciałbym zobaczyć, że z obecnej perspektywy wydaje mi się to trochę głupie, naiwne, a w każdym razie… dziwne. Chcieć zobaczyć, mieć możliwość zobaczenia, zwłaszcza, że odległość dzieląca Warszawę i Malbork nie jest duża, że pociągi kursują dość często i w miarę szybko i zwlekać… Cóż, czasami człowiek zachowuje się wyjątkowo irracjonalnie….

   W każdym razie stale odwlekałem ten wyjazd, chociaż zdawałem sobie sprawę, że już pora najwyższa, że przecież różne rzeczy stać się mogą (wszak choroba nie wybiera, koleje lubią zafundować kilkuletni remont trasy, czy zdarzą się jakieś inne, nieplanowane nieszczęścia (vide słowacka Krasna Horka), wciąż nie wiem, jak to się stało, że wyjazd do Malborka stale był oddalany w czasie. Ale teraz postanowiłem wreszcie spełnić swoje marzenie, dokonać tego wiekopomnego czynu i na własne oczy zobaczyć malborski zamek tak z zewnątrz, jak i przede wszystkim wewnątrz. Bo muszę tu wspomnieć, że z tym niewidzeniem zewnętrznych murów to trochę nieprawda. Bo przecież widywałem je jeżdżąc ostatnimi laty dwa, czy trzy razy do Gdańska, ale też przed wieloma laty, bo w 1989 roku byłem na dziedzińcu malborskiego średniego zamku, gdy z kolegą „bliźniakiem” Darkiem, Moniką, ich synem Piotrem i Malu wracaliśmy z jedynych niestety wspólnych wakacji nad morzem. Szkoda, że taki wyjazd udał się raz tylko, bo do dziś pamiętam, że był ze wszech miar udany, nawet wtedy, kiedy nocą trzymaliśmy namiot, żeby nam go nie zwiała jakaś wichura… Wtedy byliśmy tylko na dziedzińcu, bo było już za mało czasu, żeby zobaczyć cały zamek.

   Tym razem zmobilizowaliśmy się, zakupiliśmy wcześniej bilety na pociąg, zarezerwowaliśmy bilety w zamku i wyruszyliśmy rankiem, 05.10.2019 r. do Malborka. Stwierdziliśmy, że jazda pociągiem mniej nas zmęczy, że będziemy mogli napić się piwa, że ilość godzin, jakie mieliśmy na zwiedzanie może wystarczy na zobaczenie prawie wszystkiego (i prawie wystarczyła). A jak by zabrakło, zawsze przecież będzie można tu wrócić. Na co zresztą mam nadzieję, bo już dobrze wiem, że nie wszystko widziałem, zarówno w samym zamku, jak i mieście. Powód, by jeszcze raz odwiedzić to wspaniałe, intrygujące miejsce jest zatem wciąż aktualny.

   W przypadku Malborka nie będę pisał o jego historii, bo o niej zapewne wszyscy dobrze wiedzą. Wspomnę zatem, że miasto rozwinęło się wraz zamkiem, prawa miejskie otrzymało w 1286 roku, otoczone było murami obronnymi z basztami (oczywiście rozbudowywanymi w ciągu kilku wieków), miało najważniejsze budynki w postaci fary pod wezwaniem św. Jana i ratusz, w którym zasiadał burmistrz z miejską radą. Nie trzeba też przypominać, że to właśnie Malbork stał się w 1309 roku stolicą państwa krzyżackiego. Część starego miasta uległa zniszczeniu podczas pożarów na przełomie XIX i XX wieku, dzieła zniszczenia dokoła druga wojna światowa. Podczas walk w 1945 roku zniszczone zostało blisko 80 procent miasta, ucierpiał też oczywiście zamek. Nie muszę już wspominać, że podobnie, jak to miało miejsce w przypadku różnych innych miast, również malborskie cegły przeznaczone zostały na odbudowę Warszawy… Na szczęście do naszych czasów przetrwały wspomniane już wyżej dwa najważniejsze budynki miasta, czyli fara i ratusz oraz resztki murów obronnych. Zdecydowanie za mało, ale cóż, należy się cieszyć chociaż z tego…

   Zanim jednak zagłębimy się w średniowiecze, zanim nacieszymy oczy gotykiem, to wysiadamy na malborskim dworcu, który powstał pod koniec XIX wieku, a do tego został odnowiony w 2012 roku i robi naprawdę bardzo dobre wrażenie. Ciężkie, czerwone gmaszysko jednoznacznie kojarzy się z niemieckim stylem budownictwa XIX w. Na szczęście budynek nie został zniszczony podczas wojny, a podczas wspomnianego remontu w XXI wieku, usunięto malowidła powstałe po wojnie, dzięki czemu dworzec odzyskał swój charakter, a uwagę oglądającego przyciągają wiszące w głównej hali herby miast, z którymi Malbork miał połączenia. Warto wiedzieć, że tuż obok dworca znajduje się zabytkowy szalet, który wraz z budynkiem dworca i budynkiem ekspedycji towarowej został wpisany do rejestru zabytków.

   A potem już można sobie zrobić pieszą wędrówkę na zamek, po drodze mijając konny pomnik Kazimierza Jagiellończyka, z którego panowania malborski zamek znalazł się w polskich rękach i był w nich aż do czasu rozbiorów. Muszę tu niestety też zauważyć, że zamczysko przeszło liczne rozbudowy i odbudowy, dlatego też trzeba mieć świadomość, że to, co oglądamy tylko w pewnej części wygląda tak, jak wyglądało w czasach krzyżackich. Zamek przeszedł m.in. fazę „romantyzacji”, „regotyzacji”, a wreszcie zmian dokonanych po zniszczeniach II wojny światowej. Dlatego też oglądamy w większości przypadków efekty pewnych wizji działających w tych wnętrzach architektów. I tylko prawdziwi znawcy tematu byliby w stanie opowiedzieć nam, co w danym miejscu z jakiego mniej więcej okresu pochodzi.

   Zamek można zwiedzać tylko z przewodnikiem lub audio-przewodnikiem. Aczkolwiek po oprowadzeniu danej grupy przez przewodnika można się powałęsać po zamku już samodzielnie, przy czym trzeba zaznaczyć, że grupowe zwiedzanie – i to w dość szybkim tempie – trwa dobrze ponad trzy godziny, dlatego większość zwiedzających i tak z czasem wymięka… Ja też, chociaż bardzo mi się podobało, to jednak po „przeleceniu” zamku i funkcjonujących w nim wystaw też miałem taki mętlik w głowie, że właściwie skłamałbym, że wiele widziałem, czy zapamiętałem. Tak naprawdę, żeby nacieszyć się tym miejsce, „dotknąć go”, należy być w nim kilka razy. Za pierwszym obejść trasę z przewodnikiem, a przy kolejnych razach odłączać się i zwiedzać pojedynczo i najlepiej dzieląc zwiedzanie na części.

   Bo do oglądania jest bardzo, bardzo dużo. Już z zewnątrz widok zamkowego kompleksu powoduje przyspieszone bicie serca. A to bicie zwiększa się z każdą chwilą, gdy wchodzimy w „trzewia” zamczyska. Warto tu wspomnieć, że malborski zamek jest największym średniowiecznym zamkiem wybudowanym z cegły. Do tego – na szczęście został odbudowany po zniszczeniach wojennych (znów napiszę, że miał szczęście, ale zniszczeniu uległa tylko jego cześć – niestety w tym zamkowa katedra!). Wystarczy jedno spojrzenie na mury zamku, by poczuć jego niesamowitą wielkość, poczuć przeogromny bagaż historii. Te mury robią na nas wrażenie i aż ciężko sobie wyobrazić, jakie wrażenie musiały robić przed kilkoma wiekami!

   Kiedy udajemy się od kas w kierunku wejścia do kompleksu zamkowego, czyli do Zamku Niskiego, podziwiać możemy całość założenia, ale też słynną malborską figurę Madonny (z racji jej wielkości – ma 8 metrów – zwana była podobno kolosem z Malborka), która od czasu zniszczenia jej w 1945 roku wróciła w 2015 roku na swoje miejsce w zamkowym Kościele NMP. I znów robi wrażenie swoją wielkością i kolorystyką!

   A potem już tylko wystarczy mieć oczy wokół głowy, próbować słuchać przewodnika i pędzić przez pomieszczenia ledwo łapiąc oddech, bez szans na skupienie się na detalach, na podziwianie. Poza szybkością zwiedzania, dochodzi jeszcze oczywiście ilość oglądających. To też nie wpływa korzystanie na oglądanie. Ale cóż, trzeba się do tego – niestety – przyzwyczaić. Tak jest już właściwie w każdym miejscu. I dobrze jeszcze, jeśli trafimy na ludzi, którzy są zainteresowani danym miejsce. Zdecydowanie gorzej jest w sytuacji, gdy co parę kroków natrafiamy do towarzystwo zainteresowane tylko sobą, skutecznie przeszkadzające innym.

   Zwiedzanie zaczyna się od tzw. Zamku Niskiego (podzamcza), w którym umiejscowione były przeróżne warsztaty, zagrody, czyli wszystko, co było niezbędne do właściwego funkcjonowania zamczyska. Większość odbudowanych w tym miejscu budynków służy kwestiom gospodarczo-administracyjno-szkoleniowym. Dlatego można je sobie obejrzeć tylko z zewnątrz. Za to po przekroczeniu bramy wejściowej zamku średniego wchodzimy już w strefę prawdziwego zwiedzania. Nie miejsce to na opisywanie wszystkich poszczególnych pomieszczeń, zarówno wschodniej części kompleksu, w której znajdują się wystawy (bursztynu, broni (w tym bogaty zbiór broni wschodniej), wystawy czasowe), ale też pomieszczeń Zamku Wysokiego i Pałacu Wielkich Mistrzów. Pomieszczeń jest wiele, większość z pietyzmem odnowiona, w większości spotykamy wynik prac wspomnianej regotyzacji zamku w XIX wieku, które narzuciły nam obecną wizję zamku, ale też uchroniły go od zniszczeń. A za to należy się im prawdziwe podziękowanie.

   Podziwiać możemy zatem niesamowite portale i przepiękne kolumny, dziewiętnastowieczne malunki na ścianach i zbiory mebli (odnowione lub zrobione na wzór oryginałów), trudno nie zachwycić się cudnymi dormitoriami, refektarzami (z tym najsłynniejszym, przecudnym Refektarzem Letnim), trudno nie wyjść z podziwu nad sposobem ogrzewania wielkich ceglanych pomieszczeń, funkcjonalnością całego założenia (muszę wspomnieć, że odtworzono liczne sale, niezbędne do funkcjonowania zamku, jak kuchnię, piekarnię, komnatki, czy niezwykle istotny skarbiec). Trudno nie ulec urokowi (ale też przeogromnemu zasmuceniu), gdy ogląda się wielkość, niewątpliwe piękno, ale też ogrom zniszczeń zamkowego kościoła NMP.

   Ciężko sobie wyobrazić, jak dobre pęcherze i zwieracze (sic!) musieli mieć zakonnicy, którzy mieli sporą drogę do pokonania, by dotrzeć do gdaniska, gdzie sobie mogli ulżyć… We wnętrzu tej wieży, która oprócz pełnienia roli toalety, była też tak zwaną wieżą ostatniej obrony, można zobaczyć ciekawe drewniane toalety.

   Chociaż było nieprzyjemnie zimno, obeszliśmy też w miarę szybko trasę wokół tarasów zamkowych, gdzie można podziwiać zarówno cudownie pnącą się po czerwonych murach winorośl, ale też zbiory płyt nagrobnych. Po drodze, w części północnej obowiązkowo trzeba wejść do kaplicy grobowej pod wezwaniem św. Anny, też przearanżowanej, ale na tyle skutecznie, że czuć w niej niesamowitą atmosferę i pewne napięcie, gdy zdajemy sobie sprawę, że w niej pochowanych jest aż 11 mistrzów zakonu, a trzy kamienne płyty zachowały się do dzisiaj (w tym słynnego von Plauena, który objął władzę po poległym von Jungingenie i zdążył przygotować zamek przed dotarciem do Malborka wojsk Korony. Nie mogę też nie wspomnieć, że na dziedzińcu Zamku Średniego znajdują się cztery posągi mistrzów zakonu, uznawanych za niezwykle ważnych w jego historii. To figury Hermanna von Salza, Zygfryda von Feuchtwangena, Winrycha von Kniprode i Albrechta Hohenzollerna. Figury stanowiły kiedyś część pomnika króla Prus Fryderyka Wielkiego. Pomnik zniszczono w 1945 roku, ale zachowały się jego zdjęcia.

   Ten bieg przez pomieszczenia męczy, ale też rozpala w człowieku chęć do natychmiastowego, ponownego znalezienia się w zamkowych pomieszczeniach. Ja mam nadzieję, że to się jeszcze uda, bo chciałbym spokojnie dotrzeć w każdy możliwy kąt, obejrzeć detale, zajrzeć tam, gdzie nie dotarłem (a już wiem, że są takie miejsca), ale też zobaczyć wystawy, bo idąc z przewodnikiem, nie da się tego zrobić. Jednym słowem, pierwsza wizyta w zamku w Malborku jest tylko haczykiem, na który niezwykle łatwo człowiek daje się schwycić. A potem liczy na to, że jeszcze tu wróci.

   Czasu zostało nam niewiele, rozpoczęliśmy zatem szybki poszukiwanie miejsc, które mogliśmy zobaczyć przed powrotem na dworzec. Najpierw udało nam się dotrzeć do fary malborskiej pod wezwaniem św. Jana. Niestety odbywała się w niej msza, zatem tylko do niej zajrzałem, nie chcąc przeszkadzać w nabożeństwie. Ale zajrzeć musiałem! Kościół powstał pod koniec XIII wieku i był wielokrotnie przebudowywany, na szczęście zachował się – mimo wprowadzonych później zmian – w miarę czytelny układ przebudowy kościoła w XV wieku. Kolejnym obiektem, który bardzo chciałem zobaczyć, a który zachwyca swoją architekturą jest malborski ratusz, powstały pod koniec XIV wieku, który oczywiście przeżył równe przebudowy, w tym po pożarze pod koniec XIX wieku. I na koniec udało się jeszcze zobaczyć ocalałe bramy miejskie: „Mariacką” i „Garncarską”.

   A potem ruszyliśmy coś zjeść (byliśmy z chłopcami, więc skończyło się na… hamburgerach), a potem już tylko pociąg, parę godzin czytania, rozmów i przysypiania. Zmęczeni, ale niezwykle zadowoleni wróciliśmy do domu.

Ray

Relacja ukazała się w dniu 03.05.2020