Wchodzimy na Turbacz. Po latach, ponownie w górach!

   Zapomniałem już, jak to jest być w górach. Mój kontakt z nimi skończył się jakieś trzydzieści lat temu. A i w czasach młodości też jakimś wytrawnym piechurem raczej nie byłem. Jeszcze w czasie szkoły średniej, kiedy udawało się utrzymać bliższy kontakt z Darkiem, kolegą z podstawówki, zdarzało nam się wyskoczyć w góry, później, kiedy ten kontakt się niestety rozluźnił, bo rozjechaliśmy się na studia, później pojawiły się rodziny itd., moje chodzenie po górach zupełnie się zakończyło. Określony rodzaj pracy, brak ruchu, a co za tym idzie, zupełny brak kondycji, połączony z wyraźnymi już zwyrodnieniami układu kostnego spowodowały, że przestałem myśleć o większych przechadzkach, a o górach tylko wspominałem sobie od czasu do czasu przy jakichś okazjach. Zdobywanie szczytów zostawiając już młodszym i tym, którzy mają góry we krwi, którzy bez nich nie potrafią żyć, którzy po prostu muszą chadzać w góry, bo… muszą. I nie ma o czym dyskutować!

   Tak się jednak złożyło, że mój szanowny szwagier, zwany potocznie wujem Grzegorzem, chociaż tylko nieznacznie ode mnie młodszy postanowił od czasu do czasu (według mnie „od czasu do czasu”, bo według Grzegorza zgodnie z przyjętym i zatwierdzonym harmonogramem) pojechać w góry. A ponieważ nie miał z kim chodzić, delikatnie zasugerował, że mógłbym ruszyć swoje rozklekotane kości i spróbować z nim pochodzić. Nie będę ukrywał, że ta inicjatywa bardzo mi się spodobała, odżyły natychmiast wspominania wędrówek z Darkiem, powiedziałem zatem, że chętnie spróbuję, ale… pod kilkoma warunkami, a mianowicie ma mi dać trochę czasu, żebym potrenował chodzenie (głównie polegało na chodzeniu do sklepów… i chodzeniu w pracy po schodach, co – jak można się domyślić – wywoływało zdziwienie na twarzach współpracowników) i żeby wybrał na początek jakąś łatwiejszą trasę. Najbardziej bałem się o kolana i… dobrze, że się bałem, bo jednak odmówiły mi posłuszeństwa! Ale o tym później!

Ray na Turbaczu przed trzydziestu laty…

   Grzegorz zasugerował, żebyśmy na dobry początek weszli na wzniesienie zwane Bukową Górą, znajdującą się obok Przedborza (o tym też napiszę), a potem na należący do Korony Gór Polski – Turbacz. Cóż, nie mógł lepiej trafić. Z tego, co pamiętam, był to chyba drugi szczyt, który udało mi się zdobyć w mojej krótkiej karierze „zdobywcy gór”. Pamiętałem, że na nim byłem, nie pamiętałem już, skąd i dokąd szliśmy z Darkiem przed tymi trzydziestoma laty. Muszę go zapytać, może lepiej pamięta. Ja wiem tylko tyle, że to raczej nie był nasz główny cel tamtego dnia pobytu w górach. Ale dokąd wtedy szliśmy już nie pamiętam. Nie pamiętałem też, jak wyglądał sam szczyt, jak wyglądała trasa, którą szliśmy. Pamiętam, że było ciepło, że dźwigałem ciężki plecak, że było pusto na szlakach, a z nielicznymi (najczęściej ubranymi we flanelowe koszule) turystami wymienialiśmy się pozdrowieniami lub kilkoma zdaniami na temat wrażeń i dalszej trasy. To było coś niesamowitego. Ta pustka, ten wysiłek i urokliwe, niepowtarzalne widoki. Dla tych wszystkich „składowych” warto było chodzić, bo takich wrażeń nie było szans doznać nigdzie indziej.

i trzydzieści lat później

   Wejście na szczyt poprzedzone było określonymi przygotowaniami, należało spakować plecak, wziąć niezbędne rzeczy do mycia, trochę do jedzenia (jakiś pasztet, czekoladę, chleb, masło w słoiku z wodą i oczywiście wodę), do tego blaszany kubek, jakieś sztućce (przydawały się!), ubrania na zmianę, lekarstwa, latarkę, śpiwór, koc itd. Trochę tego było. Jak był człowiek spakowany, pozostało już tylko wsiąść w autobus, potem przesiąść się (zapewne w Radomsku) na pociąg, przejechać całą noc, potem zapewne jakimś autobusem w miejsce, skąd mieliśmy ruszyć na szlak. Sama podróż już była przygodą, bo zwykle ciężko było wejść do autobusu i pociągu, bo jechało się na stojaka (w autobusie) i w ogromnej ciasnocie (często na korytarzu) w pociągu. Ale wtedy znosiło się to w miarę spokojnie, bo… po prostu tak było i żadne nerwy nic by nie pomogły. Natomiast perspektywa kontaktu z przyrodą, z górami i chodzącymi po nich ludźmi powodowała, że mimo złości i zmęczenia, nie traciło się animuszu i ochoty!

   Tak było kiedyś. Teraz, jeszcze przed wyruszeniem na Turbacz, obawiałem się, że może być jak na Marszałkowskiej, bo słyszałem, że szlaki są wręcz obładowane ludźmi, że właściwie (poza widokami) niewiele zostało z tamtego klimatu, z tamtej wyjątkowej atmosfery. Idąc w tłumie nie słyszy się szumu lasu, nie słyszy ptaków, w tłumie ciężko iść swoim rytmem, ciężko podziwiać najbliższą okolicę, ciężko się zachwycić drzewem, liściem, kamieniem. Trochę bałem się tego i niestety w pewnej części moje obawy się sprawdziły. Niestety!

Mgły nad polami

   Mieliśmy pojechać we dwójkę, okazało się jednak, że Turbacz przyciągnął resztę naszej rodzinki, zatem poszliśmy zdobywać górę aż w pięcioosobowej grupie. To też trochę wpłynęło na tempo marszu… Wyruszyliśmy autem z samiuśkiego rana, bo do przejechania trochę było. Dzień budził się powoli ze snu, mgły spowijały jeszcze pola. Ale było pięknie i nostalgicznie. Mijaliśmy urokliwe przestrzenie, pola, lasy i miasta i wsie. Pierwszy raz miałem okazję być np. w Szczekocinach, Pilicy i pod zamkiem w Smoleniu (szkoda, że nie zdążyliśmy do niego w drodze powrotnej!).

   Gdy dotarliśmy na miejsce, ja oczywiście chciałem, żebyśmy przeszli cały szlak od Koninek do Koninek, niestety przegrałem z resztą towarzystwa i pierwszą część trasy, zamiast pieszo odbyliśmy wyciągiem, korzystając z Kolejki Linowej Tobołów. Nie ukrywam, że zdecydowanie lepiej czuję się, gdy stoję na powierzchni, niż nad nią wiszę, ale – mimo sporego zimna – dałem radę. Na górze spożyliśmy małe co nieco i… nareszcie można było ruszyć na szlak.

Kolej Linowa Tobołów

   Wszyscy, którzy chodzą po górach wiedzą, że tego wyjątkowego uczucia nie da się opisać, ani nie da się niczym zastąpić. Zmęczenie połączone z niesamowitymi widokami to mieszanka, jakiej później bardzo brakuje. Szlak na Turbacz nie jest szczególnie trudny, przez większą cześć trasy idzie się lasem, ale od czasu do czasu pojawiają się „tarasy widokowe” (np. Polana Suchora), z których podziwiać można np. Tatry. I to też jest coś tak niesamowitego, że nie zastąpi tego żadne oglądanie w telewizji.

   Niedaleko od Turbacza, na szczycie Obidowca znajduje się specyficzny pomnik, to miejsce, w którym w 1973 roku rozbił się samolot sanitarny, wiozący chore dziecko z Nowego Targu do Rabki-Zdroju. M.in. z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych (opady śniegu) samolot rozbił się, w wyniku czego śmierć poniosła matka dziecka, a pilot doznał obrażeń kręgosłupa. W tym miejscu stworzono właśnie pamiątkowy pomnik, który – poza krzyżem – składa się z elementów poszycia samolotu.

Pomnik katastrofy samolotu

   To miejsce przypomina, że w każdym czasie i w każdym miejscu może nam się coś zdarzyć. A skoro tak może być, to warto korzystać z każdego dnia i możliwości, jakie pojawiają się w naszym życiu. I cieszyć się z każdej chwili, a zdobywanie Turbacza takich chwil dało nam bardzo wiele. Zmęczeni, ale radośni dotarliśmy na szczyt, najwyższy szczyt Gorców, liczący sobie 1310 m. nad poziomem morza (albo 1314). Okolice szczytu nie są obecnie gęsto zarośnięte, zatem można podziwiać widoki, zrobić pamiątkowe zdjęcia przy obelisku i udać się do leżącego nieopodal schroniska (polana Wolnica), które poza jadłem i piciem oferuje też przepiękny widok na Pieniny i Tatry. Wytrawni znawcy są w stanie zlokalizować m.in. Gerlach, Łomnicę, Świnicę i Kasprowy Wierch.

   Jak doczytałem w necie, Turbacz stał się miejscem wypraw już w XIX wieku, podobno nie był wtedy zarośnięty, zatem był z niego cudny widok na wszystkie strony (obecnie tylko na jedną część), a nawet można było – używając odpowiedniego sprzętu – zobaczyć Kraków. W czasie II wojny i zaraz po jej zakończeniu w tych okolicach licznie działali partyzanci, w tym dobrze znany Józef Kuraś („Orzeł”, „Ogień”), nieoczywista postać, która zapewne jeszcze długo będzie wzbudzać kontrowersje. Schronisko na Turbaczu, zbudowane zostało według projektu Anny Górskiej, a otwarte w 1958 roku. Należy do PTTK i za patrona ma Władysława Orkana, pisarza z okresu Młodej Polski, przez lata związanego z Gorcami.

   Ciekawe są rozważania na temat pochodzenia nazwy szczytu, bowiem uznaje się, że może pochodzić od wołoskich (rumuńskich) słów „turba” (oznaczającego darń) lub „turbat” (zmącony, szalony). W tym drugim przypadku nazwa miałaby dotyczyć potoku Turbacz. Wreszcie według innej teorii, nazwa może pochodzić od trombity, czyli dobrze znanego góralskiego instrumentu ludowego. A tak w ogóle podobno szczyt w swojej historii nazywał się Kluczki i Niedźwiedź.

   Po zejściu ze schroniska wchodzi się na dość rozległą polanę Wisielakówkę, na której znajduje się tzw. Kaplica Papieska. W tym miejscu od wielu lat w sierpniu odbywa się Święto Gór, a głównym celebransem odprawianych w tym miejscu mszy wielokrotnie był ks. Józef Tischner.

Widok na Tatry z Turbacza

   Wejścia na w sumie nie najtrudniejszy do zdobycia szczyt raczej się nie bałem. Zdecydowanie bardziej obawiałem się zejścia. Wiadomo, większe obciążenie kolan. Na szczęście pierwszą część zejścia przeszedłem bez większych problemów, kiedy jednak zaczęły się schody, zaczęły się… „schody”. Ucieszyłem się, że zapobiegawczo wziąłem (zresztą pierwszy raz były w użyciu) kijki do nordic walkingu. Bo bez nich, gdy jeszcze nie w połowie tej ostrzejszej, schodkowej części trasy wysiadły mi kolana, kijki bardzo się przydały. Niby nie było za wysoko, a jednak i tym wypadku okazało się, że organy, które nie pracowały przez tyle lat tak, jak powinny pracować, niestety uległy zepsuciu. Jednak wolnymi kroczkami, wspierając się na kijkach udało mi się zejść. Chociaż zajęło to trochę więcej czasu, niż planowaliśmy, reszta rodzinki też dotarła, mogliśmy więc zapakować się do auta (wcześniej kupiliśmy trochę oscypków) i ruszyć w podróż do domu. Niestety dość szybko zrobiło się ciemno, zatem nie było już szans na zobaczenie ruin zamku w Smoleniu. Cóż, mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja.

Widok z Turbacza

   I na koniec taka trochę smutna refleksja. Jak napisałem wyżej, obawiałem się, że na szlaku może być „jak na Marszałkowskiej” i prawie tak było. Owszem, zdarzały się momenty, kiedy szliśmy szlakiem sami, ale to były bardzo krótkie odcinki. Nie da się obecnej wyprawy porównać z tą sprzed lat. Wtedy było pusto i cicho, teraz pojawiają się całe wycieczki, które nie tyle przerażają swoją ilością, ile… głośnością. Bowiem niektórzy nie zostali nauczeni, że inni przychodzą w to miejsce, żeby odpocząć od zgiełku, żeby posłuchać lasu, napawać się wyjątkową górsko-leśną atmosferą. Gdyby chcieli iść na jarmark, to by poszli… Do tego już tylko nieliczni pozdrawiają się na szlaku. Szkoda, bo to był bardzo miły zwyczaj. I jeszcze jedna kwestia, która też kojarzy się ze wspomnianą już Marszałkowską. Szlak nie jest już tylko szlakiem pieszym, ale przeznaczony jest dla rowerzystów, dla ludzi, którzy uwielbiają takie skomplikowane wjazdy pod górę i szalone zjazdy w dół. Ja uważam, że jak ktoś lubi takie, według mnie, już zbyt ekstremalne sporty, ma do tego prawo. Problem polega na tym, że stale trzeba usuwać się z drogi przed rozpędzonymi rowerzystami. A to zdecydowanie nie pomaga we właściwym, spokojnym przeżywaniu wędrówki.

Ray