Wrześniowy wypad do Rumunii cz. 3

   Po bogatym we wrażenia dniu padliśmy do łózek, by rano ruszyć na odkrywanie kolejnych ciekawych miejsc. Mieliśmy nadzieję, że dobrze się wyśpimy, a z samego rana pojedziemy zobaczyć miejsce, którego nie zdążyliśmy zobaczyć w poprzednim roku. To Sarmizegetusa Regia – miejsce szczególne dla Rumunii, bo było stolicą przedrzymskiej jeszcze Dacji. Miasto zniszczone zostało w czasie wojen z Rzymianami, ale fragmenty jego fundamentów zachowały się, więc dla nas było to miejsce niezwykle ważne. Ale cóż, życie lubi płatać figle, zatem i tym razem nam nie odpuściło…

   Zaczęło się już w nocy. Ponieważ w pensjonacie, w którym mieszkaliśmy była jedna tylko łazienka na trzy pokoje, nasi sąsiedzi postanowili z niej korzystać właściwie już w samym środku nocy. Kręcili się trzaskali drzwiami, gadali. Niestety nie każdy jest nauczony odpowiedniego zachowania… Panowie wyjechali nad ranem, ale humory nam zdecydowanie popsuli. A jak wspomniałam wyżej, nie był to koniec nieprzyjemnych zdarzeń tego dnia, albowiem Hateg przywitał nas… przeogromną mgłą, w której utonęły piękne krajobrazy, jakie moglibyśmy podziwiać w trakcie drogi do Sarmizegetusy Regii. Nawet skręciliśmy z głównej drogi, by pojechać do wspomnianego miejsca, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że to przecież nie ma sensu, bo i tak nic nie zobaczymy. Elementy fundamentów ledwie wystają z ziemi, zatem przykryte gęstą mgłą byłyby zupełnie niewidoczne. Drugie podejście znów się nie udało. Jest zatem pretekst, by zajrzeć w te okolica po raz trzeci!

   Nie pozostało nam zatem nic innego, jak udać się do kolejnego miasta, by zobaczyć pozostałości jego średniowiecznej, miejskiej zabudowy. Tym miastem był Sebeş, jedno z siedmiu głównych siedmiogrodzkich miast, założone już w XII wieku przez Szeklerów, potem zasiedlone przez niemieckich osadników. To klasyczne, siedmiogrodzkie miasteczko, położone w dolinie Maruszy, w okręgu Alba, z ciekawą, niską zabudową, spacerowym pasażem na rynku, zachwyca zwłaszcza potężną bryłą gotyckiej (aczkolwiek ma w sobie jeszcze elementy romańskie) bazyliki. Kiedyś był to kościół katolicki, od XVI wieku jest ewangelicki. Potężne szare mury, klasyczne gotyckie przypory z rzeźbami, wieża (późniejsza) i czerwony dach świątyni robią wrażenie już z zewnątrz. Ale prawdziwie zaskakuje, gdy wejdzie się do środka. Nie jest to zbyt łatwe, bo chociaż oficjalnie ma być otwarty w określonych godzinach, to bynajmniej nikt o tej porze nie otwiera, ani nie czeka na chętnych do zwiedzania, czy modlitwy. Nam udało się znaleźć pana w przykościelnym budynku, pobrał od nas odpowiednią kwotę i nie tylko wpuścił do pustego kościoła, ale jeszcze…. zagrał na pianinie. Delikatne dźwięki jakiejś pięknej kompozycji rozpłynęły się w przeogromnych, wysokich, pustych przestrzeniach kościoła, pogłębiając niesamowitą atmosferę. Jak przystało na ewangelicki kościół, brak jest w nim bogatego wyposażenia, dlatego można skupić się na podziwianiu ogromu kolumn, wysokości nawy, oryginalności sklepienia i… największego renesansowego, poliptykowego ołtarza w Rumunii (z 1518 roku), w którego centrum umieszczone zostało drzewo Jessego (artystyczne wyobrażenie genealogii Chrystusa). Ciekawie prezentuje się kamienna ambona oraz rozwieszone (to taki rumuński zwyczaj) tureckie kobierce.

   Zanim jednak weszliśmy do kościoła, próbowaliśmy trafić do pozostałości obwarowań miejskich, których początki sięgają XIV wieku, a których trochę się zachowało w mieście.  Udało nam się dotrzeć w okolice kilku wież, przy czym nie da się do nich blisko podejść, albowiem wtopione zostały w miejską tkankę z ten sposób, że stanowią część prywatnych zabudowań. Dlatego odgrodzone są budynkami, parkanami lub wysoką siatką. Muszę przyznać, że chyba pierwszy raz widziałem tak „zagospodarowane” miejskie wieże. Trochę zniechęceni nie do końca udanymi poszukiwaniami jednej z wież, udaliśmy się za to do innego, według mnie bardzo interesującego miejsca. A mianowicie w rynku znajduje się  znakomicie zachowana gotycka kamienica zwana Domem Zapolyi (lub Królewskim), w której swoją siedzibę mieli wojewodowie, w gdzie mieści się obecnie malutkie, ale urokliwe muzeum. Ponieważ staram się wyszukiwać wszelakich poloniców, zatem z czysto kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że miasto było dwukrotnie zdobywane przez wojska dowodzone przez Józefa Bema podczas powstania w 1848 roku.

   Zajadając siedmiogrodzkiego obwarzanka udaliśmy się w kolejne miejsce, do miasteczka Cristian. To malutkie, senne miasteczko w okręgu Sibiu, założone w trzynastym wieku przez Niemców. Jego największym skarbem jest kościół obronny, którego początków należy szukać właśnie w XIII wieku, przy czym z tamtego czasu ostała się tylko wieża, reszta obwarowań pojawiła się „dopiero” w wieku XV. Założenie robi wrażenie z każdej strony, zarówno od ulicy, jak i wewnątrz. Stare mury natychmiast przenoszą zwiedzającego w dawne czasy. W tej podróży w „mroki średniowiecza” trochę przeszkadza zbyt nowa (XVIII w.), zbyt surowa bryła mieszczącego się w środku murów ewangelickiego kościoła. W najstarszej z wież, w której należy kupić bilet, można się zaopatrzyć również w regionalne, pięknie pachnące, wyglądające i smakujące kiełbasy.

   Następne w kolejce było potężne czerwone zamczysko. Tak naprawdę ruiny zamczyska, które dzięki potężnym murom umieszczonym na wzgórzu już z daleka robiło wielkie wrażenie. Owo potężne założenie zamkowe w malutkiej miejscowości Slimnic powstało już w XIII wieku. Oczywiście ulegało przekształceniom, między innymi w XV wieku nadbudowano nową wieżę, rozpoczęto też budowę kościoła, którego nie udało się jednak dokończyć. Zamek służył przede wszystkim okolicznym chłopom i… służy im do dziś, albowiem w pewnych jego częściach hodowane są zwierzęta. Część z nich w postaci owiec i koni w czasie naszej obecności na zamku pasła się na zewnątrz murów, przy czym jeden z baranów postanowił wejść w bliższym kontakt z nami, ze szczególnym uwzględnieniem Roberta, przez dłuższy czas towarzysząc mu w trakcie obchodzenia murów i trykając go w odpowiednią część ciała… 

   W tym miejscu muszę raz jeszcze wrócić do poloniców, albowiem tuż przed wejściem na drogę prowadzącą do zamku znajduje się ufortyfikowany kościół (zamknięty) oraz ciekawy budynek, na którym umieszczono tablice informujące, że w 1849 roku w jego murach przybywali uczestnicy węgierskiego powstania – Sándor Petöfi i gen Józef Bem.

   Po obejrzeniu chłopskiego zamku przyszła pora na mieszczan, albowiem udaliśmy się do pięknego, oryginalnego miasta Mediaş (po drodze trafiliśmy jeszcze do miasta Agnita, w którym znajduje się kolejny intrygujący warowny kościół z muzeum, ale postanowiliśmy zostawić go na następną wizytę…), w którym podziwiać można liczne, zachowane do dziś średniowieczne, renesansowe i barokowe budynki oraz górujący nad miastem warowny kościół świętej Małgorzaty. Już wjazd do miasta robi wrażenie, albowiem od razu widać, jak wiele zachowało się w nim autentycznych (odnowionych) budowli. Zachwycają urocze uliczki, zachwycają frontony budynków, duży rynek i robiąca wrażenie zabudowa wspomnianej kościelnej warowni – grodu Margareta. Przy czym po wejściu na teren grodu zaskakuje, jak stosunkowo niewielki obszar zajmuje, jak niewielka jest przestrzeń między usytuowanym w środku kościołem św. Małgorzaty (ewangelicki) a przylegającymi budynkami (z historycznym gimnazjum im. Stephana Ludwiga Rotha – urodzonego w Mediaş rumuńskiego humanisty, historyka, pastora i uczestnika rewolucji 1848 r., podczas której zginął) i murem.  

   Uznaje się, że miasto zostało założone jeszcze przez Rzymian, albowiem na miejscu rzymskiego obozu w średniowieczu lokowano miasto, którego mieszkańcami najpierw byli Szeklerzy, potem Sasi. Obecnie dominują w nim Rumuni, ale w dalszym ciągu mieszkają w nim licznie Węgrzy, Romowie i Niemcy. Miasto to miało duże znaczenie dla siedmiogrodzkiej historii, albowiem odbywały się w nim sejmy Księstwa Siedmiogrodzkiego, w tutejszej wieży kościelnej więziony był Wlad Palownik, tu wreszcie w 1919 roku Zgromadzenie Narodowe Sasów Siedmiogrodzkich podjęło decyzję o włączeniu Siedmiogrodu do Rumunii.

   To wreszcie też jest miasto bardzo ważne dla polskiej historii. Bo właśnie w nim (w staropolszczyźnie miasto nazywało się Meggesz) 16.02.1576 roku Stefan Batory zaprzysiągł przed polskimi wysłannikami słynne „pacta conventa”, czyli osobiste zobowiązania króla, dotyczące jego przyszłych działań po objęciu tronu. Po ich podpisaniu książę miał możliwość wzięcia udziału w elekcji, podczas której – jak wiadomo – został wybrany na polskiego króla.

   Ze względu na urok samego miasta oraz wspomniane związki z historią Polski, najchętniej spędzilibyśmy w nim cały dzień. Niestety miły spacer uliczkami miasteczka bardzo skutecznie przerwała potężna ulewa. Żegnani lejącymi się z nieba strumieniami deszczu wyruszyliśmy do ostatniego punktu, który mieliśmy zobaczyć w tym dniu, do kolejnego wielkiego założenia forteczno – kościelnego, a mianowicie do Biertanu, po drodze zatrzymując się tylko na chwilę w miejscowości Șaroș pe Târnave,w której znajduje się kolejny warowny kościół z XIV wieku, oczywiście przebudowywany, ale otoczony wyjątkowo dobrze utrzymanym, ciekawym murem obronnym.  Nie mieliśmy czasu, by go dokładniej obejrzeć, a w robieniu nawet kilku zdjęć skutecznie przeszkadzała nam dwójka małych Romów, napraszających się o danie im czegoś. Przy czym nie pomogły, ani długopisy, ani cukierki. Chociaż po drodze wielokrotnie stawaliśmy w pobliżu romskich zabudowań, jednak tylko ten jeden raz natrafiliśmy na tak uparte i męczące towarzystwo…

   Biertan to jedna z licznych wizytówek współczesnej Rumunii. Od rynku małego saskiego miasteczka wchodzi się na teren ufortyfikowanego grodu, w którego centrum znajduje się kościół. Pierwsza o nim wzmianka pochodzi z 1402 roku, kiedy był jeszcze kościołem katolickim pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. W XVI wieku został przejęty przez luteran (przez trzysta lat właśnie tutaj rezydował luterański biskup), ale – co bardzo ciekawe – w jednej z wież fortecznego założenia utworzono małą kaplicę dla katolików. Na szczęście zachowały się w niej freski jeszcze z piętnastego stulecia. W innej wieży można też obejrzeć kilka nagrobków tutejszych biskupów.

   Gotycki kościół ulegał przebudowom, jego obecny wygląd powstał w XVI wieku. Aczkolwiek da się w jego wnętrzu odnaleźć interesujące elementy gotyckie. Ale nasze oczy zwrócone były przede wszystkim na mury, niesamowite, tworzące kilka pierścieni, z jednej strony pokazujące, jak znakomicie wykorzystano ukształtowanie terenu do obrony, z drugiej strony te cudownie, malownicze i romantycznie wyglądające widoki międzymurza działały na wyobraźnię, zwłaszcza wtedy, gdy liczne (niestety) wycieczki przemieściły się w inne miejsce…

   Zauroczeni, szczęśliwi, udaliśmy się w dalszą podróż, mając nadzieję, że po drodze trafimy na jakiś w miarę tani nocleg. Zanim jednak rozgościliśmy się w jednym z moteli, po drodze zrobiliśmy krótki postój przed kolejnym warownym kościołem we wsi Saschiz. Ten postój trochę nam popsuł dobry nastrój, albowiem widok przylegającej do kościoła wieży zrobił jednocześnie miłe, jak i – niestety – niemiłe wrażenie. Pierwsze, owo miłe wrażenie pojawiło się nam właściwie jednocześnie. Gdzieś już widzieliśmy taką charakterystyczną wieżę. Rozpoczęło się przeczesywanie archiwów naszej pamięci i udało się! Wieża w Saschiz to przecież prawie wierna kopia wieży zegarowej w Sighişoarze! Nasze przypuszczenia potwierdził przewodnik. Okazało się, że rzeczywiście wieża kościoła została w XVI wieku przebudowana na wzór wspomnianej wieży w Sighişoarze. I na tym niestety miłe wrażenia się kończyły, a zaczęły te mniej miłe. Albowiem wieżą jest w fatalnym stanie. Pęknięcia są tak ogromne, że jeśli w najbliższym czasie nie znajdą się pieniądze na jej naprawę, ten jeden z ciekawszych skarbów Siedmiogrodu rozsypie się w pył. I to w XXI wieku…

Ray