Dziwna muzyka Eddiego van Halena

   Nie pamiętam już, który utwór pojawił się jako pierwszy. Być może „Runnin’ With The Devil”, a może późniejszy „Dancing In The Street”, a może dopiero najsłynniejszy „Jump”. Nie wiem, nie pamiętam. Może to był zupełnie inny kawałek. W każdym razie, któryś z nich jako pierwszy trafił do moich uszu, a potem… jak to zwykle bywało w tamtych czasach, zaczęło się szukanie wszystkich możliwych sposobów, żeby jeszcze gdzieś posłuchać jakiegoś utworu, a najlepiej zdobyć nagranie. A o zespole trudno było zapomnieć chociażby z tego powodu, że w telewizji pojawił się w latach bodajże 90. Muzyczny program Non Stop Kolor, prowadzony przez Wojciecha Manna, który rozpoczynał się czołówką, do której wykorzystano właśnie „Jump”. Zawsze, gdy słyszałem ten numer mobilizowałem się do dalszych poszukiwań nagrań Van Halen.

   Muszę też przyznać, że do muzyki Van Halen długo podchodziłem jak do przysłowiowego „jeża”, bowiem zawsze był to zespół, którego muzykę ciężko było określić, dopasować do jakichś ram, a widocznie od zawsze miałem w sobie dziennikarskie ciągotki, by każdą muzykę spróbować jednak włożyć w jakiś sposób usystematyzować. A tej grupy się dało. Niby łączy się ją z metalem, ale ileż jest metalu w tej muzyce, zwłaszcza na pierwszych płytach? Owszem, jest tu mocna gitara, jest solidna sekcji, ale czy większość tamtych numerów da się zaliczyć do metalowych? Jak się chce, to się da, tylko po co?! Zatem ocierały się te numery o metal, ale miały w sobie właściwie wszystko, co dobrego pojawiło się w muzyce, od bluesa po rock. Muzycy, z liderem zespołu już od pierwszej płyty udowadniali, że można miksować style muzyczne, a płyta i tak brzmi znakomicie od początku do samego końca. Pokazali to na jedynce, potwierdzając każdym kolejnym albumem.

   Zdecydowanie bardziej metalowo, ale też pewnie ktoś powie – bardziej komercyjnie zrobiło się w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy za mikrofonem stanął Sammy Hagar. Numery zrobiły się łatwiejsze w odbiorze, otrzymały łatwiejsze do nucenia linie melodyczne, a przez to – podejrzewam – trafiły do szerszego grona odbiorców. Może straciły te płyty na oryginalności, ale zyskały na przystępności. Ja uwielbiam ten rozdział działalności grupy, tę przecudne ballady i świetne rockowo – metalowe kawałki śpiewane przez znakomitego mistrza Sammy’ego. Później bywało różnie, pojawił się na chwilę Gary Cheronee, aż wrócił do zespołu David Lee Roth. I niektórzy bardzo się z cieszyli, inni nie. Normalne!

   Jednak bez względu na to, czy zespół grał trochę „dziwnie”, jak za czasów Lee Rotha, czy przystępniej, jak za czasów Hagara, to jednak zawsze, niezmiennie w uszy słuchacza, a zatem i moje wkradały się niesamowite zagrywki i solówki mistrza gitary. Kiedyś wsłuchiwałem się tylko w melodie, potem, zacząłem dostrzegać umiejętności techniczne, talent i niesamowitą wyobraźnię Eddiego Van Halena. Zacząłem słuchać tych płyt, skupiając uwagę na tym, co robił i jak robił. A był w tym prawdziwym mistrzem. Od długiego czasu zdaję sobie sprawę, że mniej bardzo często znaczy więcej. I tak też postępował mistrz Edddie. Przecież mógł robić na swoich płytach, co mu przyjdzie do głowy, mógł zalewać je różnego rodzaju wyczynami technicznymi popisywać się tappingiem i shreddingiem. A on to owszem robił, ale… umiarkowanie, z klasą, z wyczuciem. Dodawał do piosenek (tak – piosenek) tylko tyle, ile potrzeba, ozdabiał te kawałki, jak ozdabia się tort wyjątkowo soczystą w barwie i smaku wisienką!

   Od blisko dwóch tygodni niemal codziennie słucham jakichś kawałków Van Halen, słucham i wciąż podziwiam, jak znakomitą robotę wykonał ten muzyk. I szkoda tylko, że tak szybko odszedł, wszak 65 lat to – zwłaszcza patrząc z mojej perspektywy – to wiek, w którym można jeszcze zrobić bardzo wiele.

Ray