Felietony mistrza Stommy

   Wraz z wiosną o wiośnie pisać miałem, o dniu dłuższym, o słońcu, którego coraz więcej, ale i radości jakiejś, która sama niepostrzeżenie wlewa się w serce. Bo jak przyroda, tak i człowiek odradza się, odżywa po zimowej stagnacji, która doskwiera nawet w taką niezimową zimę, jaką mieliśmy w tym roku. Miałem pisać o wiośnie, i jak zdrowie pozwoli, pewnie jeszcze napiszę, ale teraz muszę znów wrócić do spraw smutnych. Całą zimę żyłem w smutku i zadumie – jak widzę – jeszcze ten smutek z zadumą potrwają trochę, bowiem w ostatnim czasie znów odeszło z tego świata kilka osób, których osobiście nie znałem lub znałem tak zwaną zwykłą znajomością, a nie na sposób koleżeński, że już o przyjaźni nie wspomnę. Ich odejście kolejny już raz poruszyło mnie z dwóch powodów. Po pierwsze odeszły osoby, które były “od zawsze”. To taka ciekawa kategoria, którą – jak się okazuje –  nie tylko ja stosuję. To kategoria obejmująca ludzi, którzy pojawili się kiedyś w naszym życiu i byli, zawsze byli, i trudno sobie wyobrazić, że nagle ich zabraknie. To ludzie, z których poglądami nie zawsze musieliśmy się zgadzać, ale z ich słowem należało się liczyć. A słów tych wypowiadali dużo, i do tego układali je w bardzo określoną formę. Ta forma mogła się podobać lub nie, wnioski z tego, o czym i jak pisali mogły nam odpowiadać lub nie, ale każdy napisany przez nich tekst czytało się z radością, Czekało się na ten tekst, bo wiadomo było, że zawsze znajdzie się w nim coś ciekawego, raz ciekawy pogląd, innym razem ciekawą opowiastkę, wyimek z historii, czasem jedno zdanie. Ale za to jakie zdanie!

   Piszę w liczbie mnogiej, chociaż tak naprawdę temat tej mojej pisaniny pojawił się, gdy przeczytałem (oczywiście z pewnym opóźnieniem) o śmierci Ludwika Stommy. Czytałem jego felietony właśnie od zawsze, bowiem z Polityką, w której były drukowane związany jestem od zawsze. Czytywałem ten magazyn jeszcze w wersji wielkoformatowej, nie zawsze rozumiejąc pewne poglądy, nie zawsze się zgadzając, ale czytając. Bo tylko czytając, tylko porównując wypowiedzi różnych piszących można wyrobić swój własny pogląd na pewne sprawy. A w Polityce zawsze byli ludzie, którzy nie tylko mieli wiedzę, ale też potrafili ją przekazywać w jasny, ciekawy sposób. Można się było nie zgadzać z wieloma twierdzeniami, można było omijać pewne działy (muszę się przyznać, że działy dotyczące bieżącej “polityki” zwykle przekartkowuję, bowiem mało mnie obchodzi, co, kto, komu i kiedy powiedział, co zrobił, a co powinien, bo te wszystkie działania i tak zazwyczaj do niczego dobrego nie prowadzą, więc po co się nimi zajmować, po co czytać o ludziach, którym się wydaje, że mają prawo decydować o innych, i to arbitralnie i tylko dlatego, że tak im się tak wydaje….) Przekartkowuję te strony, jak przebiegam wzrokiem po paskach w telewizji, tekstach w internecie. Robię to po to, by mniej więcej wiedzieć, co się w Polsce i świecie dzieje. Ale nie jestem w stanie się już w to zaangażować emocjonalnie, bo marne to i nijakie, bo spory dla sporów, bo nic dobrego z tego nie wynika, ani dla mnie, ani dla kraju.

   Ale wbrew swojej nazwie, Polityka to nie tylko polityka, przynajmniej ta w arystotelesowskim rozumieniu. Bowiem poruszane w niej są kwestie społeczne, naukowe, historyczne i kulturalne. I to dla nich czytam ten magazyn od zawsze. Czytam je ze względu na tematykę i na sposób przekazywania treści. A treści tworzą ludzie. I dla tych ludzi czytam ten magazyn. A jedną z takich osób był właśnie pan Ludwik Stomma. Z wykształcenia antropolog, znawca historii i kultury polskiej, z głową pełną historii i historyjek, potrafiący każdy swój felieton ozdobić ciekawostkami, fragmentami mniej lub bardziej poważnych historii, fragmentami pieśni, wierszy lub wierszyków. Pan Ludwik miał swoje spojrzenie na rzeczywistość, miał swoje poglądy. Pisał o tym raz zdecydowanie, innym razem bardziej zawoalowanie, ale nawet jeśli się “pieklił’, to nawet to zapieklenie było napisane świetnie, z klasą, często z dowcipem. Temat felietonów dotyczył zwykle spraw bieżących, ale niemal w każdym z nich można było znaleźć ogrom porównań, ogrom cytatów, ogrom różnej maści intrygujących informacji. Szkoda, że nie wpadłem na pomysł, żeby je wyrywać i składać, bo wiele z nich warto powtarzać, z wielu wywodów dalej korzystać, a kilka bon motów po prostu zapamiętać. Dobrze chociaż, że pan Ludwik napisał kilkanaście książek, które zostaną, które warto czytać,  zasługują na uwagę, bo są świetnym źródłem satyry, dowcipu, ale też specyficznych podręczników historii i kultury.

   Bardzo żałuję, że nie miałem okazji poznać takiej postaci osobiście. Jestem pewien, że mógłbym spędzać u boku takiego człowieka lata całe, nie nudząc się ani chwili. Cóż, mogę tylko zazdrościć tym, którzy mieli możliwość słuchania go na żywo. A ja mogę tylko w taki sposób podziękować za te wszystkie lata spędzone z felietonami i książkami pana Ludwika. Dziękuję!

Ray

Wykorzystaliśmy zdjęcie pana Donata Brykczyńskiego/ East News