Maestro Penderecki i “moje Credo”

   Dobrze pamiętam, że nie byłem w stanie słuchać jego utworów. Nie rozumiałem, jak można coś takiego tworzyć, coś takiego grać, czegoś takiego słuchać. Zadawałem sobie pytanie, po co robić coś takiego, dlaczego, dla kogo? Człowiek wychowany na rzeczach łatwych, miłych, przyjemnych nie był w stanie zrozumieć, po co się męczyć, po co męczyć uszy, skoro można słuchać muzyki przyjemnej i ładnej. Na co komu ta cała sonorystyka, czy inne dziwnie brzmiące nazwy. Już one zniechęcały do tego, by się zapoznać z ukrytą pod nimi muzyką…

   Tak było. Nie będę ukrywał, że do pewnych rzeczy, a dotyczy to zarówno muzyki, jak literatury, czy sztuki dojrzewałem. Do jednych dojrzewałem dłużej, do innych krócej, do jeszcze innych wciąż nie dojrzałem. Ale żeby dojrzeć, musiałem więcej słuchać, poważniej podchodzić do pewnych rodzajów muzyki, więcej czytać i przede wszystkim próbować. Nie bać się, nie zniechęcać, tylko próbować. Jak nie szło, to odkładałem płytę na półkę, czy wyłączałem radio, by znów spróbować po jakimś czasie. Bo najgorsze, co można zrobić, to uznać coś za głupie, niepotrzebne, bo nam się nie podoba. To zatrzasnąć się w sobie znanych rzeczach i tkwić w nich i z nimi, bo je lubimy, bo je znamy. I nic więcej nam nie trzeba. Pewnie sporo ludzi tak robi, ja jednak lubię poznawać nowe rzeczy, lubię przesuwać granice swej percepcji, szukać i odkrywać.

   Nie pamiętam już dokładnie, kiedy to było i które dzieło pana Pendereckiego było puszczane w telewizji. Prawdopodobnie była to symfonia „Siedem bram Jerozolimy”, a może „Credo”. Nie pamiętam. Ale pamiętam swój szok. Pamiętam, jak usiadłem przed telewizorem i nie mogłem się oderwać. To była muzyka, którą się chłonęło całym sobą. Nagle odkryłem niesamowite piękno tej muzyki, jej niezgłębioną głębię, jej ponadczasową wartość. Odkryłem ją dla siebie.

   W każdym razie miałem już sporo lat, gdy polubiłem muzykę mistrza Pendereckiego. Po tym wspomnianym doznaniu zacząłem szukać kolejnych nagrań, zacząłem od szukania dzieł późniejszych, które powstały w późniejszych latach (od lat 90. ubiegłego wieku), od dzieł, które w większym stopniu nawiązywały do klasyki, do tradycji. I każde z nich poruszało mnie do głębi, okazywało się dziełem trafiającym dokładnie tam, gdzie trafić powinno.

   Po tych pierwszych odkryciach było już łatwiej, każde kolejne dzieło mistrza przyjmowałem z radością, na każde czekałem z niecierpliwością. Tak było z „Te Deum”, „Agnus Dei”, „Polskim Requiem”, potem zaczęły dochodzić starsze kompozycje, jak „Kosmogonia”, czy „Dies Irae”. Oprócz tych wielkich dzieł, dokładałem te pisane na mniejsze składy, a wreszcie wróciłem do samego początku. Zacząłem powoli poznawać rzeczy, które wcześniej do mnie nie przemawiały, zacząłem wracać do tych wcześniejszych kompozycji mistrza, zacząłem powoli oswajać się z nimi, zarówno w starszych wykonaniach, jak i tych nowszych, np. w wykonaniu Pianochuligana.

   Niestety tylko raz miałem okazję uczestniczyć w inscenizacji opery Pendereckiego. Były to „Diabły z Loudun” wystawione w warszawskim Teatrze Wielkim. Ależ to było wydarzenie, zarówno pod względem scenografii, niezwykle przemawiającej scenografii, jak i niezwykle poruszającej muzyki.

   Dojrzałem do tej muzyki, część kompozycji włączyłem do kanonu moich ulubionych utworów, do których po prostu muszę wracać, bo zawsze wywołują we mnie ogromne emocje. A wśród nich zdecydowanie „Credo” jest przeze mnie najchętniej i najczęściej słuchanym dziełem. Było jednym z pierwszych poznanych przeze mnie dzieł mistrza, a wciąż działa na mnie najmocniej, wciąż odkrywam w nim coś nowego. To najbardziej „moja” kompozycja mistrza!

Dziękuję maestro!

Ray

Zdjęcie: Bogdan Krężel