Irlandczyk – reż. Martin Scorsese

   Obejrzałem ten film, bo był bardzo reklamowany. Prawdę mówiąc nie miałem za bardzo ochoty, bo bałem się tego, o czym za chwilę napiszę. I tym razem ta obawa okazała się w pełni uzasadniona…

   Bałem się, że wykorzystanie tej samej tematyki przez tego samego reżysera, do tego zatrudnienie tych samych aktorów spowoduje, że dostaniemy tak zwanego odgrzewanego kotleta., że dostaniemy stare auto po liftingu, który polegał wyłącznie na pomalowaniu kilku elementów nadwozia. Swoją drogą takiego liftingu dokonano w filmie, odmładzając aktorów…

   Obawiałam się, że aktorzy, ze szczególnym uwzględnieniem zagrają podobnie jak w poprzednich filmach i… dokładnie to zrobili, zwłaszcza jeden z moich ulubionych aktorów (Robert de Niro), który jednak ma tendencje do odgrywania tej samej osoby, do posługiwania się określoną mimiką i mówienia w określony sposób, robi w tym filmie dokładnie to, czego można się było spodziewać. W związku z powyższym, chyba lepiej obejrzeć te wcześniejsze filmy, w których jednak był bardziej wyrazisty i przekonujący. Podobnie zresztą jest w przypadku pozostałych głównych bohaterów tego filmu, których grają al. Pacino i Joe Pesci. Gdybyśmy nie widzieli ich w podobnych filmach wcześniej, moglibyśmy przyjąć te role jako dobre, tymczasem w tym filmie zagrali to i tak, jak zwykli grać profesjonaliści. I tyle. Gdyby zabrakło tego filmu w ich bogatej przecież karierze, to pewnie nic złego by się nie stało.

   Tak naprawdę jedyną rolą, która mnie zaintrygowała – i to też nie tyle na rolę – ile na odgrywającego ją aktora, to rola Billa Bufalino, członka mafijnej rodziny, którego zagrał Ray Romano, próbujący od paru lat zaistnieć rolami, które zmyłyby z niego piętno (myślę, że mu się to nie uda) pewnego Raymonda, którego wszyscy kochali…

   „Irlandczyk” to kolejna opowieść o mafii i jej mackach sięgających najwyższych władz. Bo zło, przekupstwo, potrzeba pieniądza, siłą i brutalność było, są i będą na tym świecie. Tyle tylko, że jedni czynią to pod przykryciem, zaś inni bardziej oficjalnie. To też opowieść o hipokryzji, o wykorzystywaniu ludzi, którzy wciąż wierzą, że są osobnicy, którzy robią coś tylko i wyłącznie dla nich, że kieruje nimi tylko i wyłącznie chęć walki o ich dobro, a nie własne ego, potrzeba przebywania na świeczniku i – ale to oczywiste – pieniądze.

   Główny bohater filmu, weteran wojenny Frank Sheeran, któremu zatem nie było obce zabijanie staje się cynglem mafii, a jednocześnie odgrywa rolę przyjaciela i ochroniarza działacza związku zawodowego Jimmy’ego Hoffa. Jak potoczyły się losy bohaterów, dlaczego niektórzy musieli nagle zniknąć oczywiście nie napiszę, żeby nie psuć przyjemności oglądania. Powiem natomiast jedno, Fabułę można streścić kilkoma zdaniami i film też powinien być tak zrobiony. Tymczasem dostaliśmy takiego wręcz tasiemca, przy którym wymiękają najtwardsi… Przewidywalność filmu byłaby do przejścia, a film do uratowania, gdyby został znacznie skrócony. Tymczasem dobrze wiemy, jak się skończy, dobrze wiemy, jak zachowają się poszczególni bohaterowi, a reżyser każe nam czekać na zakończenie przez ponad trzy godziny. I naprawdę jest to niestrawne. Dawno tak się nie zmęczyłem podczas oglądania filmu.

   Oczywiście pod względem realizacyjnym film jest zrobiony znakomicie, świetne są sekwencje, świetna scenografia, muzyka i wspomniana gra aktorów. Tyle tylko, że – po pierwsze – takie coś już widzieliśmy, a po drugie, gdyby film został znacznie skrócony obejrzenie go nie sprawiłoby tyle bólu, a kto wie, może człowiek trochę inaczej by do niego podszedł.

Ray

METRYCZKA
Tytuł: Irlandczyk
Tytuł oryginalny: The Irishman
Reżyseria: Martin Scorsese
Scenariusz: Steven Zaillian
Produkcja: USA
Rok emisji: 2019
Gatunek: dramat, gangsterski, biograficzny
Obsada: Robert De Niro, Al Pacino, Joe Pesci, Harvey Keitel, Ray Romano, Bobby Cannavale

Recenzja ukazała się w dniu 08.04.2020 roku