Keith RICHARDS – Crosseyed Heart (2015, Mindless Records)

Keith RICHARDS – Crosseyed Heart (Mindless Records, 2015)

01. Crosseyed Heart
02. Heartstopper
03. Amnesia
04. Robbed Blind
05. Trouble
06. Love Overdue
07. Nothing On Me
08. Suspicious
09. Blues In The Morning
10. Something For Nothing
11. Illusion
12. Just A Gift
13. Goodnight Irene
14. Substantial Damage
15. Lover’s Plea

Skład:

Keith Richards (wokal, gitara, bas, pianino)
Steve Jordan (perkusja, wokal)
Norah Jones (wokal)
Waddy Wachtel, Pierre DeBeauport (gitara)
Larry Campbell (pedal steel, skrzypce)
Bobby Keys (saksofon)
Clifton Anderson, Jack Hale (puzon)
Kevin Batchelor, Ben Cauley (trąbka)
Charles Dougherty, Lannie McMillan (saksofon tenorowy)
Jim Horne (saksofon barytonowy)
Paul Nowinski, Pino Palladino (bas)
Ivan Neville (organy Hammonda, chórki)
Charles Hodges, Spooner Oldham (organy Hammonda)
David Paitch (klawisze)
Meegan Voss, Bernard Fowler, Aaron Neville, Blondie Chaplin, Sarah Dash (chórki)
Harlem Gospel Choir

   Czy przeszło siedemdziesięcioletni artysta, która na scenie spędził dziesiątki lat, nagrał masę płyt, zagrał tysiące koncertów musi cokolwiek, komukolwiek udowadniać? Nie musi. Tak na dobrą sprawę, w ogóle nie musi już nic robić. Bo przecież praca w jednym z najbardziej znanych zespołów świata zapewniła mu zapewne spokojne życie. Tylko czy osoba o takim stażu, o takiej – delikatnie mówiąc – mało spokojnej przeszłości, osoba, która żyła przez dziesiątki lat muzyką, może tak nagle przestać, dać sobie spokój, kiedy I sił, energii, pomysłów ma jeszcze całkiem sporo? Oczywiście, że nie może I nawet nie powinna dać sobie spokoju. Zarówno ku jej samej, jak i naszej – słuchaczy uciesze. Bo ja bardzo się cieszę, że Keith Richards wciąż gra, że wciąż nagrywa, a nowa jego płyta jest nie tylko dowodem na to, że muzyk ma pomysły, ale przede wszystkim na to, że niczym wino, im jest starszy, tym więcej w jego muzyce owej przestrzeni między dźwiękami, o której wspomina w wywiadach, tym ta muzyka jest prostsza, a przez lepsza i ciekawsza. Mister Keith nigdy nie przepadał za nadmiarem dźwięków, ale teraz, na tej właśnie płycie pokazuje, że obrana przez niego droga była znakomitym wyborem.

   Muszę się od razu przyznać, że cenię sobie dorobek Rolling Stones, lubię poszczególne płyty czy tylko utwory z płyt, ale nie określiłbym się nigdy zagorzałym fanem tego zespołu. Doceniam, ale nie wielbię. Coś jest w tej grupie, co mnie przyciąga, a jednocześnie powoduje, że wciąż utrzymuję pewien dystans do prezentowanej przez grupę muzyki. Im jestem starszy, tym docenią ja więcej, bo wszak inaczej ją odbieram, I to zarówno pierwsze ich albumy, jak i z późniejszego okresu. Być może znaczenie ma wokalista, jego maniera, ekspresja, która w bardzo poważnym stopniu kształtuje obraz muzyczny grupy. Bo Keith Richards solo to trochę inna postać. Napisałem najpierw, że to “zupełnie” inna postać, ale usunąłem to zdanie, bo byłoby nieprawdziwe. To ten sam człowiek i ten sam muzyk. Sposób gry wszak pozostaje podobny, style muzyczne, do których nawiązuje w określonych kompozycjach pojawiały się też przecież w muzyce RS.

   Ale solowe albumy są jednak inne, są na swój sposób delikatniejsze, bardziej intymne, ważną rolę odgrywają zarówno partie gitary, ale też specyficzny tembr głosu, specyficzna maniera śpiewania Keitha. A wyraźny współudział, zarówno w kwestiach kompozycyjnych, jak i wokalnych perkusisty Steve’a Jordana też nie pozostaje bez znaczenia. To wszak z tym muzykiem Keith stworzył swoje solowe albumy (zarówno w ramach …, jak i podpisane już nazwiskiem Richardsa). I tym razem, wykorzystując przerwę w koncertach RS, panowie stworzyli genialny w swej prostocie I autentyzmie album, do którego promocji zaprosili znakomitych muzyków, robiąc nawek ukłon wobec młodszych słuchaczy poprzez zaproszenie do nagrania niezwykle popularnej od paru lat wokalistki Nory Jones.

   Wspomniałem już, że to płyta intymniejsza, sięgająca do bluesa, w prawie wszystkich jego odmianach. Wszystkie kompozycje oparte są na prowadzącej gitarze, na riffie, na tak zwanej “rybce”, które wspierane są przez znakomicie zaaranżowane partie zarówno sekcji rytmicznej, jak i innych, licznych instrumentów, wliczając w to dęciaki i organy Hammonda. A nad tym wszystkim unosi się specyficzny, “przepalony”, prawdziwie męski, fantastyczny, lekko waitsowski w klimacie głos samego Keitha, wspomaganego przez kapitalnie śpiewających różnych wokalistów i wokalistki, z chórem gospel włącznie.

   Płyta to osobista i niezwykle klimatyczna. Zaczyna się od krótkiego, bluesowego, akustycznego (i jakże waitsowkiego) numeru tytułowego “Crosseyed Heart”. Świetny początek, pokazujący, czego możemy spodziewać się po płycie, a już na pewno zachęcający do wysłuchania krążka do końca. Ciut złośliwy tekstowo, mocny, melodyjny bluesowy numer “Heartstopper” udowadnia, że Richards spokojnie mógłby robić karierę bluesmana. Kolejny numer to “pociągowy” pod względem tempa, urozmaicony lekką partią saksofonu przez Bobby’ego Keysa “Amnesia”, po którym dostajemy ładniusi, balladowy, zaśpiewany lekko stękającym głosem “Robbed Blind”. Fantastyczny, klimatyczny kawałek! I znów muzyk podkręca tempo prezentując szybki “Trouble”, by chwilę potem przenieść słuchacza w rastafariańskie sfery numerem “Love Overdue”. Kapitalnie zrobiony numer! Po skoku w stronę Jamajki, wracamy do Ameryki. Najpierw Richards serwuje klasyczny blues “Nothing On Me”, potem delikatny, okraszony skromną solówką i melorecytacyjnym wokalem “Suspicious”. Jednym z dwóch najostrzejszych klimatycznie utworów jest następny w kolejce “Blues In The Morning”, z większą porcją saksofonu (ale też świetnie plumkającymi w tle klawiszami), po którym następuje kolejny kapitalny numer “Something For Nothing”, w którym muzyków wsparł ze znakomitym skutkiem chór gospel. I znów rewelacja! W utworze numer jedenaście pojawia się wspomniany wyżej gość – Norah Jones. Wrażenia ze spotkania młodości i dojrzałości, kobiecości i męskości w jakiejś mierze oddaje sam tytuł utworu: “Illusion”… Ale kawałek dobry, wręcz radiowy. Było delikatnie, jest jeszcze delikatniej, bo “Just A Gift” to ładna, delikatna ballada. Po niej Richards przypomina sobie o Waitsie, i znów w zbliżony do Toma Waitsa sposób prezentuje fantastyczny kawałek “Goodnight Irene”, przeróbkę (ale jaką!) jednego z amerykańskich evergreenów, śpiewanych w latach trzydziestych XX w. przez Huddie’go “Lead Belly” Ledbettera. Wcale bym się nie obraził, gdyby Keith nagrał kiedyś cała płytę z takimi coverami. Album zamykają ostry, mocny, prawie krzyczany numer “Substantial Damage” oraz wsparta delikatnymi dźwiękami dęciaków ballada “Lover’s Plea”.

   Znakomicie słucha się tej płyty. To muzyka w sam raz na taką pogodę, taki jesienny czas. W stu procentach współgra z tym, co za oknem. Wystarczy kubek herbaty (może być z prądem), miękki fotel i ta cudna płyta. I już jest dobrze!

Ray

Recenzja ukazała się na byłej stronie Agencji Metal Mundus w dniu 11.10.2015 r.