Król Edyp – reż. Jakub Krofta

   Nie udaje mi się w pełni wykorzystać okresu pandemii, kiedy w necie pojawia się sporo ciekawych przedstawień, bo albo o nich zapominam, skupiając się na pracy, albo tak mi się rwie połączenie internetowe, że oglądanie tracił zupełnie sens. Ale mimo tych tak zwanych obiektywnych problemów, udało mi się kilka przedstawień zobaczyć, internet pozwolił na dotrwanie końca. Tak właśnie było w przypadku słynnego dramatu Sofoklesa „Król Edyp”, prezentowanego na deskach Teatru Dramatycznego w Warszawie, a udostępnionego w necie w dniu 18. kwietnia. Ucieszyłem się, że mogłem zobaczyć to przedstawienie, bowiem nie byłem na jego wersji oryginalnej, więc mogłem chociaż w taki sposób w nim uczestniczyć. Niby to juz nie ta atmosfera, ale lepiej obejrzeć tak, niż wcale. To nie pierwsze moje zetknięcie z dramatem greckiego twórcy, ale uważam, że takich spektakli nigdy dość. Choćbyśmy już widzieli inne inscenizacje, to i tak zawsze warto zobaczyć każdą kolejną wersję tego wyjątkowego dramatu, który poraża i nie traci na aktualności bez względu na czas, kiedy jest grany.

   Bo pewne kwestie są niezmienne. Ludzie byli, są i będą ludźmi. Ich marzenia, problemy, zachcianki, miłość zazdrość, potrzeba władzy nie przemijają, nie przestają nas dotyczyć. A kiedy obserwujemy to wszystko, co się dzieje, trudno nie odnieść wrażenia, że dotyczy bardziej… Zresztą twórcy tej inscenizacji, której premiera odbyła się w 2014 roku bardzo wyraźnie podkreślili aktualność przesłania sztuki przenosząc ją do czasów współczesnych ubierając aktorów we współczesny ubiór, a za jedyny element scenografii wybierając mównicę, to magiczne niezmiennie miejsce, przy którym każdy staje się innym człowiekiem, by nie powiedzieć, że nadczłowiekiem…

   Treść dramatu jest zapewne dobrze znana. Przybyły z Koryntu Edyp, któremu udało się odgadnąć zagadkę Sfinksa zostaje królem Teb i żeni się z żoną swego poprzednika Jokastą. Ponieważ w mieście panuje zaraza, król wysyła brata swej żony Kreona, by u wyroczni dowiedział się o powód zarazy i jak się jej pozbyć. Po powrocie Kreon oznajmia, że zaraza przeminie, gdy ujawniony zostanie zabójca poprzedniego króla – Lajosa. Edyp rozpoczyna zatem “śledztwo”, by ustalić, kto zabił jego poprzednika. Kolejni, celowo sprowadzeni lub przypadkowi świadkowie ujawniają coraz więcej szczegółów, które świadczą o tym, że zabójcą Lajosa jest sam Edyp. Zabił go nie mając świadomości, że zabija króla, a jednocześnie własnego ojca. Nie był również świadom, że ożenił się z własną matką. Najpierw próbuje wyprzeć tę wiedzę, nie chce jej przyjąć, oskarżając innych o kłamstwa, czy chęć zdobycia władzy. Jednak ostatecznie musi ulec faktom, a nie mogąc znieść takiego brzemienia oślepia się i opuszcza Teby wraz z córkami: Antygoną i Ismeną. Jego matka/ żona – Jokasta popełnia samobójstwo.

   Opisałem krótko tę fabułę, bo jest dobrze znana, zatem nic wyjątkowego nie zdradzam. Ale bez względu na to, że dobrze wiemy, jak ta fabuła wygląda, że dobrze wiemy, jak się wszystko skończy, to i tak ten dramat ogląda się z ciężkim sercem i wzruszeniem. Przyznaję, że bardzo nie lubię, jak się w niego w jakikolwiek sposób ingeruje, jak najmniejsza scenografia, jak najmniej udziwnień powodują, że treść, że zawarta w niej klątwa, to straszne fatum staje się wyraźniejsze. I bardziej boli. Autorzy przedstawienia tak właśnie zrobili, postawili na słowa. A one wystarczyły, by poruszyć. A aktorzy zrobili wszystko tak, jak powinni, bez popadania w przesadę, obdarzyli swoich bohaterów swoim ciałem i otworzyli im usta. I to w zupełności wystarczyło, by oglądało się to przedstawienie z przejęciem. Znakomicie wypadł w roli Edypa Sławomir Grzymkowski, w pełni oddając zmagania jego bohatera z walącym mu się światem, znakomicie zagrał Kreona Adam Ferency, który z kolei przeprowadził swoją postać z roli brata, szwagra, przyjaciela do wroga i władcy. Jokasta zagrana przez Halinę Skoczyńską (zmarła w 2016 r.) trochę zaskoczyła grzecznością i delikatnością tej postaci, wiedzącą, że postąpiła źle przed laty, próbując zapobiec klątwie i czującą, że to się zemści, że na klątwę nie ma rady. A wreszcie trudno się było nie wzruszyć (i to podwójnie) słuchając pasterza, za równo ze względu na wypowiadane przez niego słowa, ale też słuchając charakterystycznego sposobu mówienia odtwarzającego tę rolę Władysława Kowalskiego. Przez lata był jednym z moich ulubionych aktorów, a zmarł w 2017 roku.

   Chociaż znałem treść, oglądałem ten spektakl z ciarkami na plecach. Poruszył mnie pod każdym względem. I tylko mogę żałować, że się na niego nie wybrałem przed paroma laty. Ale cóż, może tak właśnie miało być…

Ray

METRYCZNA
tekst: Sofokles
przekład: Antoni Libera
reżyseria: Jakub Krofta
scenografia i kostiumy: Marek Zakostelecky
muzyka: Patryk Zakrocki, Paweł Szamburski
przygotowanie wokalne chóru i dyrygent: chóru Bela Krynicka
choreograf: Maćko Prusak
reżyser światła: Olaf Tryzna

Obsada: Sławomir Grzymkowski (Edyp), Halina Skoczyńska (Jokasta), Adam Ferency (Kreon), Olgierd Łukaszewicz (Tejrezjasz), Waldemar Barwiński (Kapłan), Janusz R. Nowicki (Posłaniec), Władysław Kowalski (Pasterz) i inni.

Premiera: 04.07.2014 r.

Recenzja ukazała się w dniu 13.05.2020