Posprzątane – reż. Bożena Suchocka

   Jeszcze w czasie trwania spektaklu doszedłem do wniosku, do którego dochodziłem już kilka razy. Amerykanie różnią się od Europejczyków. Zapewne Ameryki tym twierdzeniem nie odkryłem, ale umocniłem się w tym twierdzeniu. „Posprzątane”, to sztuka napisana przez amerykańską dramatopisarkę Sarah Ruhl. Autorka była m.in. dzięki tej sztuce finalistką Nagrody Pulitzera. Zyskała zatem potężne uznanie w USA, zyskała je także w Europie, czego najlepszym przykładem jest sztuka grana w Teatrze Współczesnym w Warszawie. I to grana z powodzeniem od pięciu lat. Zatem świat nie może się mylić!

   A mnie się jakoś nie kleiła… Przyznaję to od razu. Nie kleiła mi się, rozłaziła w szwach. Czasami umykał mi tekst, jeśli coś się zaczynało zawiązywać, to po chwili uciekało na drzewo. Śmieszno – smutny przekładaniec ani nie za bardzo bawił, ani nie za mocno smucił. I chociaż aktorzy próbowali (z różnym natężeniem) coś zrobić, to i tak ciężko się tę sztukę oglądało. Mnie się ciężko oglądało, za innych się nie wypowiadam.

   Poza problemami z utrzymaniem jednego poziomu samego tekstu, odnosiłem wrażenie, że i aktorzy trochę walczą zarówno z nudą, wynikającą z kolejnego już prezentowania tej samej sztuki na scenie, ale też sprawiali wrażenie, jak by sami nie do końca wiedzieli, jak wejść w ten tekst, jak by nie do końca w ten tekst wejść chcieli, bo się w niego po prostu wejść nie dało.

   Nie chcę w ten sposób bynajmniej powiedzieć, że sztuka jest zła i o niczym. Bo to też byłaby nieprawda. Bo sporo w niej ciekawych fragmentów, intrygujących fragmentów, poruszających fragmentów i takich wywołujących śmiech też jest sporo. Zatem w częściach jest dobrze, w całości średnio. Momentami wchodzi się w historię, by po chwili się z niej usunąć, zaczyna się przeżywać, by nagle zupełnie stracić zainteresowanie. I to mnie właśnie w tej sztuce denerwuje! Ale może tylko mnie…

   O czym zatem jest ta fragmentarycznie dobra sztuka? To sztuka o ludziach, a jak o ludziach to jednocześnie o ich przywarach i pozytywach, to sztuka o miłości, dobroci, śmierci i dowcipach. Pani domu, zaangażowana w pracę pani lekarz Lane (Agnieszka Pilaszewska) nie znajduje czasu, ni ochoty na zajmowanie się domem. O ile (być może, bo tego nie widzimy) przejmuje ją los jej pacjentów), tak w stosunkach domowych jest nie tyle nawet chłodna, co raczej nieobecna. Poświęciła dom na rzecz pracy. Jej siostra Virginia (Marta Lipińska) to klasyczna kura domowa, która zrezygnowała z jakiejkolwiek pracy na rzecz domu. Przy czym brak dzieci i stałą nieobecność męża powoduje, że kobieta nie potrafi wypełnić sobie dni, a jej jedynym, można powiedzieć, że ulubionym zajęciem staje się sprzątanie. Sprzątanie właśnie miało być zawodem Brazylijki Matilde (uwaga, czytać Maczildżi)(w tej roi Agnieszka Suchora), która jednak – mimo objęcia posady sprzątaczki w domu Lane, nie znosi sprzątania. Za to, podobnie jak jej rodzice, chciałaby zajmować się układaniem dowcipów. I nawet kila jej się udaje wymyślić (w tym jeden dowcip, który powoduje śmierć), cały problem polega na tym, że układa je po portugalsku, bo – jak sama twierdzi – po angielsku traciłyby cały zawarty w nich sens.

   Ponieważ jedna kobieta nie lubi sprzątać, druga zaś spełnia się w sprzątaniu, Virginia z Matilde zawierają pewien układ, który być może trwałby sobie spokojnie gdyby nie nagła zmiana w życiu Lane. Albowiem jej mąż Charles (Leon Charewicz) postanawia ją zostawić dla operowanej przez siebie kobiety Any (Monika Kwiatkowska). I w tym momencie zaczyna się robić zarówno wesoło (wizyta Charlesa i Any w domu Lane), jak i smutno, albowiem wkrótce następuje nawrót choroby u Any…

   Szkoda, że nie mogę napisać wszystkiego, bo wtedy zdecydowanie łatwiej byłoby się podzielić swoimi spostrzeżeniami. A tak, mogę tylko napisać, że akcja lekko przyspiesza, że zaczynają się dziać rzeczy z lekka niewiarygodne, aczkolwiek możliwe. Okazuje się bowiem, że nie wszyscy są tak źli i obojętni na innych, za jakich uchodzili, że nie wszyscy są tak racjonalni, jak być powinni, a wreszcie, że odrobina dobrej woli może bardzo dużo zmienić. Dobry dowcip również.

   Kiedy przeczytałem przed chwilą to, co napisałem wyżej, sam się zaskoczyłem. Skoro jest tak całkiem ciekawie, to o co mi chodzi z tym narzekaniem. Tak do końca nie wiem. Ale wiem, ale czuję, że coś mi nie pasuje. Może zbyt proste, zbyt łatwe do rozszyfrowania, takie właśnie amerykańskie zakończenie, może zbyt wiele nazbyt prostych, takich amerykańskich żartów, a może zbyt wiele prób nadania wielkości sprawom nieistotnym i odwrotnie. Naprawdę, nie wiem.

   Ale i tak zachęcam (a właściwie, gorąco zachęcam), by samemu zmierzyć się z tym tekstem i z całą inscenizacją. Bo podoba mi się scenografia, kilka pomysłów zarówno właśnie w samej scenografii, jak i związanym z nią ruchem scenicznym. Bo zawsze warto zobaczyć w akcji tak znakomitych aktorów (nawet jak momentami sprawiają wrażenie lekkiego znużenia), wreszcie warto zastanowić się nad kilkoma kwestiami zawartymi w samej sztuce. Nad tym, co ważne jest w naszym życiu, czy warto przedkładać pewne sprawy nad innymi, a jeśli tak, to co nad czym. Czy warto trać w swoim uporze, czy raczej pozwolić sobie na chwile „słabości” w imię zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości.

   I wreszcie zastanowić się nad samym tytułem, który po zakończeniu spektaklu nabiera wyjątkowego znaczenia…

Ray

METRYCZKA
tekst: Sarah Ruhl
tłumaczenie: Małgorzata Semil
reżyseria: Bożena Suchocka
scenografia: Jan Kozikowski
kostiumy: Anna Englert
reżyseria świateł: Magda Górfińska
opracowanie muzyczne: Maciej Makowski
ruch sceniczny: Jarosław Staniek
obsada: Agnieszka Pilaszewska, Marta Lipińska, Agnieszka Suchora, Monika Kwiatkowska, Leon Charewicz

premiera: 09.11.2013

Teatr Współczesny

Zdjęcie ze strony Teatru Współczesnego