Józef Gosłowski – Tata rzeźbiarz

   W czwartek, 15 stycznia 2015 r. wybrałem się na dwie wystawy. Jedną malutką i skromniutką, związaną ze świętem Bożego Narodzenia, drugą (trochę źle piszę, bo były tam trzy wystawy, ale jakościowo zbliżone, więc zlały mi się w jedną masę) dużą, zajmującą dwa piętra. Jedną, wystawioną w jednym małym pomieszczeniu – małej gabarytowo – Królikarni, drugą wystawioną w dużym gmachu Zachęty. Jedną, która – prawdopodobnie – przez twórców wystaw w Zachęcie w ogóle nie zostałaby zauważona (by nie powiedzieć, że prezentowane na niej prace nie zostałyby nazwane sztuką) i drugą, która prezentuje samą kwintesencję sztuki, a którą – przynajmniej z mojego punktu widzenia – trudno nazwać sztuką.

   Prace wystawione na tej pierwszej wystawie zapewne wcale do bycia dziełami sztuki nie aspirowały. Bo nie powołanie do życia dzieł sztuki stało się celem ich stworzenia. Wręcz przeciwnie, miały być rzeczami czysto użytkowymi. Bo stworzone zostały do zabawy, do cieszenia oczu tych, którzy są wstanie cieszyć się wszystkim, czyli dzieci. Ale w błędzie byłby ktoś, kto pomyśli, że te zabawki to jakieś byle jak sklejone figurki. To przemyślane twory, małe arcydzieła. Można ich nie nazywać dziełami sztuki, można je nazwać znakomitymi wyrobami rzemieślniczymi. Ale ja ich tak nie nazwę. Dla mnie są małymi dziełami sztuki. Sztuki, wykorzystującej proste, dostępne w tamtych czasach materiały. To dzieła sztuki, które wymagały godzin, które artysta musiał poświęcić na ich wymyślenie, opracowanie i przygotowanie.

   Chociaż do tworzenia figurek wykorzystane zostały dostępne materiały (brystol, kawałki szmatek, orzechy, druciki), to ilość życia, jakie artysta włożył w każdą figurkę jest nie do opisania. Można oczywiście uchwycić drobne różnice między figurkami powstałymi wcześniej, a tymi późniejszymi. Ale nie ma takiej potrzeby, bo już te pierwsze są znakomite. A z każdym rokiem powstawały nowe, jeszcze lepsze, jeszcze ciekawsze, jeszcze bardziej żywe. Uchwycenie ruchu postaci (np. w przypadku tańczącej hiszpańskiej pary) jest niesamowite. Wiemy, że to tylko papier, a przecież wystarczy puścić wodze wyobraźni, by zobaczyć jak para się rusza, usłyszeć szelest sukni i stukot obcasów.

   Przekrój tworzonych postaci też jest przeogromny, bo zaczyna się od figurek związanych z Bożym Narodzeniem (m.in. Trzej Królowie), ale pojawiają się również figurki w strojach ludowych, zarówno z Polski, jak i z zagranicy, postacie z legend (Pan Twardowski) i historii (np. Stefan Batory). A każda z nich jest wyjątkowa, każda zachwyca, każda tak urocza, że ciężko odejść od gablotki. Każda sprawia wrażenie lekkości, każda wydaje się być łatwą do zrobienia. Ale to złudzenie. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek próbował coś zrobić z papieru. Mnie się to zdarzało, od modeli z Małego Modelarza począwszy, na próbach stworzenia własnych tworów. Wynik końcowy był zawsze daleki od oczekiwań. Dlatego jestem pełen podziwu dla pomysłowości i zręczności artysty.

   Na koniec muszę napisać parę słów o panu Józefie Gosłowskim, bo przyznaję, że nazwisko autora nie było mi znane. I spotkała mnie miła niespodzianka, albowiem okazało się, że był autorem projektów monet (np. rybaka na pięciozłotówce) oraz pomników (m.in. Adama Mickiewicza w Gorzowie Wlkp.). A przy okazji odkryłem w sobie poważne uchybienie. W każdym miejscu, gdzie dane jest mi być szukam ciekawych miejsc, oglądam stojące tam kościoły, domy, pałace, pomniki. A zupełnie zapominam, żeby sprawdzić czyjego są projektu, czyjego są autorstwa. Poważny to błąd. A najlepszym przykładem jest właśnie gorzowski Mickiewicz.

   Za to wystawa wspaniała.

Ray

Relacja ukazała się pierwotnie w dniu 30.01.2015