Rob Hornst, Arnold van Bruggen – Projekt Soczi. Atlas wojen i turystyki na Kaukazie”/ Francis Alӱs – Nawijać-Rozwijać

   Ostatnie miesiące ubiegłego roku nie były najlepsze na spacery do muzeów i galerii. Masa pracy spowodowała takie przemęczenie organizmu, że najzwyczajniej w świecie nic mi się nie chciało. Teraz też nie bardzo się chce, jak widzę tę permanentną ciemność za oknem. Ale potrzeba wewnętrzna – na szczęście – zwyciężyła i udałem się w czwartek w pierwszą tegoroczną wyprawę do Centrum Sztuki Współczesnej. Zawsze, kiedy tam jestem nie mogę wyjść z podziwu dla siebie samego. Co mnie tam ciągnie, skoro zazwyczaj nie rozumiem powodu wystawiania tam akurat tego, co właśnie jest wystawiane. Nie rozumiem, jak to wszystko można nazywać sztuką. Ale chodzę, bo przecież, jak mam nauczyć się rozpoznawać co ową sztuką jest, a co nie. Wszak porównywanie jest też ważną metodą nauki.

   Kiedy w piątek przyszedłem do pracy, znajomi od razu mnie zaatakowali pytaniem: jak było? Albowiem spodziewali się przynajmniej godzinnego „wykładu” o bezsensie prezentowanej tam tak zwanej sztuki. A tymczasem spotkała ich raczej niemiła niespodzianka, albowiem wcale „nie zjechałem” prezentowanych tam wystaw. Dwóch wystaw dotyczących Azji, obu niby innych, ale tak naprawdę mówiących o tym samym. O ludziach uwikłanych w konflikty, o bezsensie owych konfliktów, o cierpieniu każdego poszczególnego człowieka, jak całych narodów, o życiu i przemijaniu. I w przypadku obu wystaw można też dyskutować, czy są dziełami sztuki, czy winny być prezentowane w takim akurat miejscu. Co bynajmniej nie oznacza, że były złe. Wręcz przeciwnie, były dobre, były ciekawe, były poruszające, były ważne i pouczające. Nie zmienia to jednak faktu, że – zwłaszcza w przypadku wystawy o Soczi – nie jestem pewien, czy CSW to właściwe miejsce na jej prezentacji, bo to przecież raczej rodzaj reportażu, przestrogi, niż oryginalnego dzieła sztuki. Z drugiej wszak strony, jeśli nie w takim miejscu, to gdzie organizować takie wystaw. I od razu odpowiadam, ja nie wiem. Może gdzieś na otwartych przestrzeniach, gdzie trafią na nie również tak zwani przypadkowi ludzie, a nie tylko ci, co chadzają do przybytków sztuki.

   W piwnicznych salach prezentowana jest wystawa prac dwóch artystów-reportażystów: Roba Hornsta i Arnolda van Bruggena, zatytułowana „Projekt Soczi. Atlas wojen i turystyki na Kaukazie.” Poważny tytuł, ale i problematyka poruszana przez artystów też poważna. Jak wspomniałem wyżej, trudno nazwać ich prace (głównie fotografie i kilka nagrań wideo) sztuką, raczej reportażem, rodzajem dokumentacji z podróży. Artyści w ciągu pięciu lat odbyli w ten rejon aż jedenaście podróży, walcząc z wieloma przeciwnościami, ze szczególnym uwzględnieniem urzędów i tak zwanych stróżów prawa.

   A ukazany przez nich świat jest przerażający. Z jednej strony oryginalny, fantastyczny, z ludźmi, którzy – jak wynika z opisów – są niezwykle otwarci, towarzyscy, z drugiej to wciąż gorejący tygiel. Obszar bezwzględnej walki. O co? Jako tak zwany człowiek Zachodu (a przynajmniej Środkowej Europy) nie wiem i nie rozumiem. Myślę, że wielu tych, którzy uczestniczą w tych walkach, też tego nie rozumieją. Nawet nie próbują, po prostu działają, nie zawsze zdając sobie sprawę z tego, kto na tej walce korzysta.

   Artyści prezentują zdjęcia ludzi poranionych, tak fizycznie, jak duchowo przez wojnę, ludzi, którzy – mimo tych ran – trwają na swoich miejscach, przywiązani do swojego kawałka ziemi. Zdjęcia pokazują szarość dnia codziennego, codzienne zmaganie się z chorą rzeczywistością, pokazują prawdę i fałsz. Dokumentują miejsca przerażające (toalety) i te, które – mimo często widocznego ubóstwa – są domami, są miejscami rodzinnego życia, mają swój niepowtarzalny klimat. Autorzy pojawiali się w tych samych miejscach po kilku latach, dzięki czemu mogli obserwować ludzi, mogli obserwować, zarówno zmieniającą się rzeczywistość (budowa ośrodków olimpijskich), jak i fotografować miejsca, które miały być przekształcone, a tym czasem przekształcają się, ale w dalszą ruinę.

   W podobny klimat wpisuje się druga wystawa, urodzonego w 1959 roku Belgii artysty Francisa Alysa, mieszkającego obecnie w Meksyku. Artysta upodobał sobie Afganistan, podróżując do niego w latach 2011-2014. Podobnie, jak w przypadku poprzedniej wystawy, w tym wypadku w głowie ponownie, natychmiast rodzą się te same pytania: po co?, o co?, dlaczego? Autor udokumentował wygląd, zmiany ostatnich lat tego kraju, kraju już z pozoru stabilniejszego, ale przecież wciąż targanego licznymi konfliktami, sprzecznościami interesów, których rozwiązania nie należy się spodziewać. Przedstawił tę rzeczywistość w kilku formach, z których mnie poruszyły dwie: malarstwo i prace wideo. Jak wiadomo, nie jestem miłośnikiem tej ostatniej formy działań artystycznych, albowiem, niezwykle rzadko zdarza się artystom stworzyć coś, co naprawdę ma sens, co w jakikolwiek sposób porusza. Najczęściej są to jakieś bezsensowne nagrania, które wartość mają tylko i wyłącznie dla samego artysty. W przypadku Alӱsa, te prace coś jednak w sobie mają. Nie lubię dopisywać wymyślnych znaczeń, ale do trzech filmów parę takowych znaczeń można dopisać, a właściwie dopisują się same. W jednym z filmów artysta przesuwa po ulicach meksykańskiego miasta bryłę lodu, która z każdym kolejnym krokiem pchającego zmienia swój kształt, topnieje, aż kończy swój żywot małą kałużą. W innym filmie, artysta przemierza afgańskie miejscowości zaznaczając cały swój szlak wylewaną z pojemnika zieloną farbą. Wreszcie w trzecim filmie, chłopiec rozwija i zwija taśmę filmową biegnąc ulicami Kabulu. Już te krótkie opisy sugerują kilka znaczeń, jakie można przypisać działaniu artysty. Zostawianie swojego śladu na ziemi, ulotność naszego życia, pokazanie drogi, jaką przeszliśmy, drogi, która kiedyś musi się skończyć, jak nasze życie, ulotności naszej obecności. W przypadku trzeciego filmu – pomijając – wszelkie jego interpretacje artystyczne, o których można przeczytać na przykład w ulotkach dostępnych w CSW – tak naprawdę porusza sam obraz. Reporterskie spojrzenie na ulice, na ludzi Kabulu, na wszechogarniający kurz, na ogromny ruch, na kolory, na brud, ale też wyjątkowość, na urok tego miejsca, na normalne życie w warunkach zagrożenia. Dobrym pomysłem organizatorów wystawy było przygotowanie kilku materacy z zagłówkami. Można się było położyć i oglądać te intrygujące, dobrze i ciekawie nakręcone obrazki miasta.

   Poza filmami artysta pokazał też trochę obrazów, o niewielkich wymiarach, na których widać wojnę, ale nie bezpośrednio, ale na przykład poprzez pokazanie wojskowych pojazdów, czy helikopterów nad miastem. A wszystko, jak w przypadku wspomnianego filmu o Kabulu, unurzane we wszechogarniającym piachu, kurzu, rozmyte, działające na wyobraźnię, a poprzez pozorną delikatność bardziej poruszające.

   Miałem jeszcze ponarzekać na przeniesienie szatni do piwnicy (mam złośliwą nadzieję, że pomysłodawcy wysiądą kiedyś kolana!) oraz umieszczeniu knajpki rozsiewającej zapachy (lubię wszelkie kuchenne zapachy, aczkolwiek nie zachęcają one do oglądania, raczej powodują wydzielanie kwasów żołądkowych i potrzebę natychmiastowego skorzystania z możliwości zjedzenia czegokolwiek. O cenach nie wspominam…) to już wydobywające się w tego miejsca odgłosy skutecznie zniechęcają do wejścia do tego przybytku. Zastanawiam się, jak ludzie wytrzymują w takim hałasie, jak można rozmawiać, czy jeść, gdy uszy bombardowane są tak głośną muzyką. Ale cóż, być może jestem za stary i nie rozumiem nowoczesnych trendów…

   A i tak najważniejsze były wystawy. Te akurat warto i trzeba obejrzeć.

Ray

Rob Hornst, Arnold van Bruggen – „Projekt Soczi. Atlas wojen i turystyki na Kaukazie”
Francis Alӱs – Nawijać-Rozwijać (Projekty afgańskie, 2010-2014)

CSW, Warszawa (08.01.2015)

Recenzja ukazała się w dniu 08.01.2015